— Nie, naprawdę, nie będę się chwaliła!

Tym niemniej jednak zachwycona była, że wyjeżdża, że czuje, jak pękają stare więzy. Nie potrafiła temu przeciwdziałać.

Clifford, nie mogąc zasnąć, hazardował się przez całą noc z panią Bolton, która była tak śpiąca, że opadała już z sił.

Nadszedł wreszcie dzień przyjazdu Hildy. Connie umówiła się z Mellorsem, że jeżeli wszystko będzie sprzyjało ich wspólnej nocy, wywiesi z okna zielony szal, gdyby zaś plan jej rozchwiał się, czerwony.

Pani Bolton pomagała Connie przy pakowaniu.

— Zmiana wyjdzie jaśnie pani na dobre — rzekła.

— I ja tak myślę. Nie przejmuje się pani chyba tym, że przez pewien czas będzie pani sama miała na karku Sir Clifforda, prawda?

— O nie, radzę sobie z nim doskonale. Sądzę, że potrafię zrobić wszystko, czego mu potrzeba. Czy uważa pani, że stan jego jest lepszy niż dawniej?

— Och, o wiele lepszy. Sprawia pani cuda.

— Naprawdę? Ale mężczyźni są wszyscy jednakowi. Po prostu małe dzieci. Trzeba im schlebiać i dogadywać, a wreszcie wzbudzić w nich złudzenie, że posiadają własną wolę. Czy jaśnie pani nie jest tego samego zdania?