— O, tak!

Na dole Flossie skomlała cicho. Mellors wyskoczył z łóżka, zrzucił piżamę i wytarł ciało ręcznikiem. Gdy człowiek pełen jest odwagi i życia, jaki jest wówczas piękny! Tak myślała Connie, przyglądając mu się w milczeniu.

— Rozsuń firanki, dobrze?

Słońce padało już na delikatnie zielone poranne listeczki, a tuż blisko widniał niebieskawy, świeży las. Connie usiadła na łóżku i jak we śnie wyjrzała przez okienko, ściskając nagimi ramionami swoje nagie piersi. Leśniczy ubrał się, Connie myślała marzycielsko o życiu, o życiu z nim: po prostu o życiu.

Mellors uciekał przed jej niebezpieczną, skuloną nagością.

— Czy ja zgubiłam koszulę nocną? — zapytała Connie.

Mellors sięgnął ręką pod kołdrę i wyciągnął kawałek cieniutkiego jak pajęczyna jedwabiu.

— Od razu wiedziałem, czułem coś jedwabnego przy nogach — rzekł.

Ale koszula nocna była prawie zupełnie podarta.

— To nic! — rzekła Connie. — Tu jest jej właściwe miejsce. Zostawię ją tutaj.