— Tak, zostaw ją, położę ją sobie w nocy między nogami, dla towarzystwa. Nie ma na niej chyba monogramu ani innego znaku, prawda?

Connie narzuciła podartą koszulkę i siedziała, patrząc z rozmarzeniem przez okno. Było otwarte, powietrze poranne płynęło do pokoju wraz z dźwiękiem ptaszęcych głosów. Ptaki latały nieustannie za oknem. Potem zobaczyła Flossie. Był ranek.

Słyszała, jak Mellors rozpalał na dole ogień, jak nabierał wody i wyszedł przez tylne drzwi. Z wolna docierał do niej zapach smażonej słoniny, a wreszcie leśniczy wszedł na górę z wielką czarną tacą, która ledwo zmieściła się w drzwiach. Postawił tacę na łóżku i nalał herbaty. Connie siedziała w podartej koszuli nocnej i chciwie zabrała się do śniadania. On siedział na jedynym krześle, trzymając talerz na kolanach.

— Jak to miło! — rzekła Connie. — Jak to pięknie jeść razem śniadanie!

Mellors jadł w milczeniu, myśli jego skierowane były na czas, który upływał szybko. Connie przypomniała sobie o wyjeździe.

— O, jakżebym pragnęła móc pozostać tutaj u ciebie, a Wragby żeby było odległe o tysiąc mil! Uciekam właściwie od Wragby. Wiesz o tym przecież, prawda?

— Tak!

— I przyrzekasz mi, że będziemy razem, że będziemy wiedli wspólne życie, ty i ja? Przyrzekasz mi to, prawda?

— Tak! Jeżeli będziemy mogli.

— Tak! I będziemy tak żyli, będziemy, prawda?