Sądził, że taka wycieczka przez lagunę do samotnej ławicy oznacza może interes; interesem była l’amore, miłość. Zabrał więc kolegę, żeby mu dopomógł, gdyż była to naprawdę długa droga, a ostatecznie były też dwie damy. Dwie damy, dwie makrele! Dobra arytmetyka! I piękne damy! Był z nich dumny. A chociaż płaciła mu i wydawała rozkazy Signora, spodziewał się jednak, że do l’amore wybierze go sobie młoda Milady. Dałaby mu też więcej pieniędzy.

Towarzysz, którego zabrał, miał na imię Daniele. Nie był to zawodowy gondolier, nie miał więc w sobie łowcy napiwków i prostytutki. Był on sandolierem, jeździł zwykle na sandoli, jednej z owych wielkich łodzi, przywożących z wysp owoce i prowianty.

Daniele był piękny; wysoki i zgrabny, z jasną, okrągłą głową, pokrytą krótkimi, przylegającymi, bladoblond lokami, z ładną, męską twarzą, trochę lwią, i spoglądającymi w dal, niebieskimi oczyma. Nie zarozumiały ani gadatliwy, nie polował też na pieniądze jak Giovanni. Był milczący i wiosłował z taką siłą i lekkością, jakby był sam na wodzie. Damy były damami, bardzo dalekimi od niego. Nie spojrzał na nie nawet. Patrzał daleko przed siebie.

Był prawdziwym mężczyzną, nieco zagniewanym, gdy Giovanni pił za dużo wina i wiosłował niezręcznie, nadmiernymi uderzeniami wielkiego wiosła. Był mężczuzną, jak mężczyzną był Mellors, i był niesprostytuowany. Connie współczuła z przyszłą żoną wylewnego Giovanniego. Ale żona Daniela była zapewne jedną z owych słodkich Wenecjanek z ludu, skromnych i podobnych kwiatom, spotykanych jeszcze na tylnym planie tego miasta-labiryntu.

Ach, jakie to smutne, że najpierw mężczyzna sprostytuował kobietę, a potem kobieta mężczyznę! Giovanni łaknął sprostytuowania się, jak pies ociekał śliną z pragnienia, żeby się oddać kobiecie. Za pieniądze!

Connie spoglądała na daleką Wenecję, niską i różową na wodzie. Zbudowana z pieniędzy, rozkwitła z pieniędzy i martwa jak pieniądze! Martwota pieniądza! Pieniądz, pieniądz, pieniądz, prostytucja i martwota!

A jednak Daniele ciągle jeszcze był mężczyzną, zdolnym do swobodnej wierności mężczyzny. Nie nosił bluzy gondoliera, tylko niebieski sweter. Był trochę dziki, nieokrzesany i dumny. Był więc najemnikiem psiego Giovanniego, który z kolei był najemnikiem dwóch kobiet. Tak było! Gdy Jezus odtrącił pieniądze szatana, pozostawił szatana niby żydowskiego bankiera jako pana całej sytuacji.

Connie powracała zawsze z oślepiającego, płomiennego światła laguny w pewnego rodzaju tępym oszołomieniu i zastawała potem listy z domu. Clifford pisywał regularnie. Pisywał bardzo dobre listy: można by je wydrukować jako książkę. I dlatego Connie uważała je za niezbyt zajmujące.

Żyła w pewnego rodzaju tępym oszołomieniu, wywołanym przez światło laguny, przez otaczającą ją słoność wody, przez dal i pustkę, przez nicość, ale w zdrowiu, w odrętwiającym otępieniu zdrowia. Było to miłe, sprawiało zadowolenie, i Connie pozwalała się w to spowijać i nie troszczyła się o nic. Poza tym zaszła w ciążę. Teraz była tego pewna. W ten sposób owo tępe oszołomienie światłem słonecznym, solą laguny, kąpielami w morzu, wylegiwaniem się na ławicach, szukaniem muszli, płynięciem w dal gondolą potęgowane było jeszcze przez ciążę, przez pełnię sprawiającego zadowolenie i ogłuszającego zdrowia.

Była już w Wenecji dwa tygodnie i miała jeszcze pozostać dziesięć lub czternaście dni. Blask słońca zaćmiewał wszelką rachubę czasu, a pełnia fizycznego zdrowia tym zupełniejszym czyniła zapomnienie. Connie żyła w pewnego rodzaju ogłuszeniu zadowolenia.