Co do pana Mellorsa, to nie wiem, ile Pani Sir Clifford zakomunikował. Zdaje się, że jego żona zupełnie nagle zjawiła się pewnego popołudnia i leśniczy, powróciwszy z lasu, zastał ją siedzącą na progu. Powiedziała, że wróciła do niego i chce z nim znowu żyć, ponieważ jest jego prawowitą żoną, a on nie rozwiedzie się z nią. Zdaje się bowiem, że pan Mellors próbował uzyskać rozwód. Ale on nie chciał już mieć z tą kobietą nic wspólnego i nie wpuścił jej do domu. Sam także nie wszedł, lecz wrócił do lasu, nie otwierając nawet drzwi.
Ale kiedy powrócił o zmroku, zastał drzwi wyłamane, wszedł więc na górę, żeby się przekonać, co się stało, i zastał ją w łóżku, bez najmniejszej szmatki na ciele. Zaproponował jej pieniądze, ale ona powiedziała, że jest jego żoną i on musi ją przyjąć z powrotem. Nie wiem, co tam między nimi zaszło. Matka jego opowiadała mi o tym; jest tym okropnie zdenerwowana. Tak, a on powiedział jej, że wolałby umrzeć, niż kiedykolwiek jeszcze żyć z nią, zabrał więc swoje rzeczy i poszedł prosto do matki do Tevershall. Został tam przez noc, a następnego dnia poszedł przez park do lasu, nie zbliżając się wcale do leśniczówki. Zdaje się, że tego dnia w ogóle żony nie widział. Ale następnego dnia poszła do swego brata Dana do Beggarlee i klęła, i wściekała się, i powiedziała, że jest jego prawowitą żoną i że on miewał w leśniczówce kobiety, bo znalazła w jego szufladzie flaszeczkę z perfumami i niedopałki papierosów ze złotymi ustnikami w popiele, i Bóg wie, co jeszcze. Zdaje się też, że listonosz Fred Kirk powiada, jakoby raz rankiem słyszał czyjś głos w sypialni pana Mellorsa i że jakieś auto było na żywopłotowej drodze.
Pan Mellors zamieszkał u swojej matki i zawsze idzie do lasu przez park; zdaje się, że jego żona pozostała w leśniczówce. Otóż było mnóstwo gadania, tak że wreszcie pan Mellors i Tom Philips poszli do leśniczówki i zabrali większość mebli i pościeli i odśrubowali rękojeść od studni, tak że ona musiała się wynieść. Ale zamiast wrócić do Stacks Gate, wynajęła sobie pokój u pani Swain w Beggarlee, bo żona jej brata Dana nie chciała jej przyjąć do domu. I chodziła ciągle do domu starego pana Mellorsa, żeby go omotać, i zaczęła przysięgać, że jej mąż był z nią w łóżku w leśniczówce. Potem poszła do adwokata, żeby zmusić pana Mellorsa, aby jej co miesiąc coś płacił. Roztyła się, zrobiła się jeszcze ordynarniejsza niż dawniej, a silna jest jak koń. Łazi wszędzie i rozpowiada o nim najokropniejsze rzeczy, że sprowadzał sobie kobiety do leśniczówki i jak się wobec niej zachowywał, kiedy się pobrali, opowiada najordynarniejsze, najbezecniejsze rzeczy, jakie z nią robił, i sama już nie wiem, co jeszcze. Straszna to naprawdę rzecz, co może narobić kobieta, kiedy zacznie mówić. I choćby to była najniższa kreatura, zawsze znajdą się tacy, co jej uwierzą, a coś z tego brudu zawsze się do człowieka przylepi. Oburzające jest wprost, jak to ona opowiada, że pan Mellors obchodzi się z kobietą na wzór owych brutalnych, bestialskich mężczyzn. A ludzie zawsze są chętni, żeby uwierzyć o człowieku we wszystko najgorsze, zwłaszcza w takie rzeczy. Twierdzi ona, że nie da mu spokoju, póki będzie żył. Chociaż ja powiadam, że jeżeli on był wobec niej taki brutalny, to po co się tak upiera, żeby do niego wrócić? Ale co prawda zbliża się ona do przełomu, gdyż jest o wiele starsza od niego. A te zwyczajne, gwałtowne kobiety stają poniekąd obłąkane, kiedy się zbliżają do wieku przełomowego”.
Był to dotkliwy cios dla Connie. Niewątpliwie i na nią spadnie część całego tego brudu i nikczemności. Zła była na niego, że nie uwolnił się wcześniej od Berty Coutts, ba, że się z nią w ogóle ożenił. Może posiadał jakąś skłonność do wszystkiego, co niskie. Connie wspomniała ostatnią noc, jaką z nim spędziła, i wzdrygnęła się. Znał on to wszystko niskie, nawet z taką Bertą Coutts. Było to naprawdę ohydne. Byłoby bardzo dobrze uwolnić się od niego, zupełnie się od niego wyzwolić. Może był naprawdę wulgarny, naprawdę brutalny.
Uczuła nagle niechęć do całej tej afery i niemal zazdrościła pannom Guthrie ich niezgrabnego niedoświadczenia i nieokrzesanej dziewczęcości. Lękała się teraz myśli, że ktoś mógłby się dowiedzieć o niej i o leśniczym. Jakie to było niewypowiedzianie poniżające! Była rozgoryczona i wylękniona, czuła dręczące pragnienie zewnętrznej przyzwoitości, nawet zwyczajnej i zabójczej przyzwoitości takich panien Guthrie. Gdyby Clifford wiedział o jej aferze, jakie by to było niewypowiedzianie poniżające! Lękała się, bała się społeczeństwa i jego nieczystego ukąszenia. Pragnęła niemal, aby się mogła pozbyć dziecka i uwolnić zupełnie. Słowem, popadła w stan tchórzliwego lęku.
Co do flaszeczki z perfumami, była to jej własna głupota. Nie mogła się powstrzymać od uperfumowania jego chusteczek i koszul w szufladzie, po prostu z dziecinnego kaprysu. Włożyła na wpół opróżnioną buteleczkę fiołków leśnych Coty’ego pod jego bieliznę. Chciała, żeby mu te perfumy ją przypominały. A niedopałki papierosów pochodziły od Hildy.
Nie widziała innego wyjścia, musiała się trochę zwierzyć Duncanowi Forbesowi. Nie powiedziała mu, że była kochanką leśniczego, powiedziała tylko, że go lubi, i opowiedziała Forbesowi historię jego życia.
— O — rzekł Duncan — przekona się pani, że ludzie nie dadzą mu wcześniej spokoju, póki go nie powalą na ziemię i nie zdepczą. Jeżeli nie skorzystał ze sposobności, żeby się wznieść do stanu średniego, i jeżeli jest mężczyzną, który bronił swojej płci, to go niechybnie powalą. Tej jednej rzeczy nigdy człowiekowi nie przebaczą: prostolinijności i szczerości w sprawach płciowych. Można być nie wiedzieć jak brudnym, ba, naprawdę, im więcej brudu zwala się na sprawy płciowe, tym więcej ma się u nich uznania. Ale jeżeli się wierzy we własną płeć i nie pozwala się jej kalać, wtedy muszą człowieka zdeptać. Jest to jedyne ocalałe jeszcze, obłąkane tabu: seksualizm jako coś naturalnego i doniosłego. Nie chcą mieć tego tabu i raczej człowieka zabiją, niżeli mu je pozostawią. Przekona się pani, że zaszczują tego człowieka wszystkimi psami. A cóż on ostatecznie zrobił? Jeżeli kochał swoją żonę ze wszystkich stron, czyż nie miał do tego prawa? Powinna być z tego dumna. Ale widzi pani, nawet taka ordynarna ścierka jak ona zwraca się przeciwko niemu i używa hienowego instynktu tłumu przeciwko seksualizmowi, aby powalić mężczyznę. Trzeba skomleć i czuć się nędznikiem, grzesznym przez swoją płeć, zanim człowiekowi pozwolą posiadać płeć. O, już oni tego biedaka zaszczują na śmierć.
Connie przeżyła teraz zwrot swoich uczuć w innym kierunku. Cóż on ostatecznie uczynił? Cóż on zrobił jej samej, Connie, poza tym, że dał jej cudowną rozkosz i poczucie wolności i życia? Wyzwolił w niej gorący, naturalny prąd płci. I za to będą go teraz ludzie szczuli wszystkimi psami.
Uczyniła krok nierozważny. Posłała do Ivy Bolton list, dołączyła drugi dla leśniczego i prosiła panią Bolton, żeby mu go doręczyła. Do Mellorsa pisała: