Sir Malcolm przechylił się w tył i uśmiechnął znowu. Connie nie odpowiedziała.
— Spodziewam się, że znalazłaś nareszcie prawdziwego mężczyznę — rzekł ojciec po chwili z wielkim ożywieniem.
— Tak. O to właśnie idzie. Niewielu ich jest.
— Nie, dalibóg nie! — zgodził się Sir Malcolm w zadumie. — Naprawdę nie! No, moje dziecko, kiedy tak na ciebie spojrzeć, trzeba go uważać za szczęśliwego człowieka. On by ci chyba nie robił trudności?
— O nie! On mi pozostawia zupełną swobodę.
— Oczywiście! Oczywiście! Prawdziwy mężczyzna zawsze tak postępuje.
Sir Malcolm był uradowany. Connie była jego ulubienicą i zawsze lubił w niej kobietę. Nie miała w sobie tyle z matki, co Hilda. A Clifforda nigdy nie znosił. Był więc uradowany i odnosił się do córki niezmiernie czule, jakby to nieurodzone jeszcze dziecko było jego dzieckiem.
Pojechał z nią do hotelu Hartlanda i został, aż się urządziła. Potem poszedł do swojego klubu. Connie zrezygnowała na ten wieczór z jego towarzystwa.
Zastała list od Mellorsa.
„Nie przyjdę do Ciebie do hotelu, ale będę na Ciebie czekał o siódmej w Golden Cock na Adam Street”.