Stał tam, szczupły i wysmukły, taki inny w przyzwoitym ubraniu z lekkiego, ciemnego materiału. Posiadał naturalną wytworność, ale nie miał skrojonego według żurnalu wyglądu mężczyzn z klasy Connie. Zauważyła jednak natychmiast, że mógł się wszędzie pokazać. Odznaczał się naturalnym sposobem bycia, który był znacznie milszy niż ten żurnalowy wygląd.
— A, jesteś! Jak dobrze wyglądasz!
— Tak! Ale ty nie wyglądasz dobrze.
Spojrzała zatroskana w jego twarz. Był chudy, a kości policzkowe sterczały ostro. Ale oczy jego uśmiechały się do niej i czuła się przy nim jak w domu. O to właśnie szło: nagle opuściło ją naprężenie, z jakim musiała zachowywać pozory. Coś promieniowało z niego fizycznie, umożliwiając jej, że czuła się wewnętrznie swobodna, szczęśliwa, jak w domu. Bacznym, kobiecym instynktem szczęścia spostrzegła to natychmiast. „Jestem szczęśliwa, kiedy on tu jest!” Całe słońce Wenecji nie dało jej tego wewnętrznego przestworu i ciepła.
— Czy był dla ciebie podły? — zapytała, kiedy usiadła naprzeciwko niego przy stole.
Był za chudy, widziała to teraz. Ręka jego leżała, jak ją znała, z owym dziwnym, wyzwolonym zapomnieniem śpiącego zwierzęcia. Tak bardzo pragnęła pochwycić tę rękę i ucałować, ale nie śmiała.
— Ludzie są zawsze podli — odpowiedział Mellors.
— Wziąłeś to sobie bardzo do serca?
— Jak zwykle. I wiem, że byłem głupcem, przejmując się tym tak bardzo.
— Czy czułeś się, jak pies, któremu uwiązano do ogona puszkę? Clifford pisał mi, że się tak czułeś.