Był to mężczyzna w ciemnozielonym, aksamitnym ubraniu i getrach... według dawnej mody, o twarzy opalonej i rudawo-blond wąsach, o dalekim wzroku. Szybko schodził po stoku.
— Mellors! — zawołał Clifford.
Leśniczy odwrócił się i zasalutował szybkim, skąpym ruchem. Żołnierz!
— Odwróćcie fotel i pchnijcie go. Będzie mi potem łatwiej — rzekł Clifford.
Leśniczy natychmiast przewiesił fuzję przez ramię i zbliżył się równymi, dziwnie szybkimi, a jednak miękkimi ruchami, jakby pozostawał niewidzialny. Był średniego wzrostu, szczupły i milczący. Nie patrzał zupełnie na Connie, tylko na ruchomy fotel.
— Connie, to nasz nowy leśniczy Mellors. Nie znacie jeszcze Lady Chatterley, Mellors?
— Nie, Sir! — brzmiała szybka, obojętna odpowiedź.
Nie ruszając się z miejsca, leśniczy uchylił kapelusza, ukazując gęste, prawie jasne włosy. Spoglądał Connie prosto w oczy, pełnym, nieustraszonym, bezosobowym wzrokiem, jakby się chciał przekonać, jak wyglądała; pod wpływem tego wzroku Connie stała się lękliwa. Skinęła mu nieśmiało głową, a on przełożył kapelusz z prawej ręki do lewej i wykonał przed nią lekki ukłon, jak gentleman; ale nie powiedział ani słowa. Przez chwilę stał nieruchomo, z kapeluszem w ręku.
— Ale jest pan tu już od niejakiego czasu, prawda? — zapytała go Connie.
— Od ośmiu miesięcy, proszę pani... jaśnie pani! — poprawił się spokojnie.