— I podoba się tu panu?
Spojrzała mu w oczy. Jego oczy zmrużyły się lekko, niejako ironicznie, może trochę zuchwale.
— No toć, dzieńkuja im pieknie, panuchno. Wychowałech się tukej32
Ukłonił się jeszcze lekko, odwrócił się, włożył kapelusz i podszedł, aby pchnąć fotel. Przy ostatnich słowach głos jego przeszedł w szeroką, przeciągłą wymowę gwarową... może z pewną dozą ironii, gdyż przedtem mówił bez śladu dialektu. Mógł uchodzić niemal za gentlemana. W każdym razie był dziwnym, zręcznym człowiekiem, odludkiem, samotnym, ale bardzo pewnym siebie.
Clifford puścił motor w ruch, leśniczy ostrożnie odwrócił fotel i skierował go ku stokowi, opadającemu łagodnie w stronę ciemnej gęstwy leszczyny.
— Czy to wszystko, Sir Cliffordzie? — zapytał Mellors.
— Nie, niech pan lepiej pójdzie z nami, na wypadek, gdyby się motor zaciął. Maszyna nie jest zbyt dobra do jazdy po pagórkach.
Leśniczy obejrzał się za swoim psem... było to rozważne spojrzenie. Ogar spojrzał na niego i machnął ogonem. Lekki uśmiech, drwiący czy też wabiący psa, ale łagodny, zjawił się na chwilę w oczach leśnika i zniknął zaraz. Twarz pozostała jednak bez wyrazu. Dość szybko zeszli ze stoku, przy czym leśniczy trzymał rękę na poręczy fotela, aby go ustrzec przed chybotaniem się. Wyglądał raczej na wolnego żołnierza niż na sługę. Coś w jego zachowaniu przypominało Connie osobę Tommy’ego Dukesa.
Kiedy przybyli do lasku leszczynowego, Connie pobiegła nagle naprzód i otworzyła furtkę do parku. Gdy tak stała przy otwartej furtce, dwaj mężczyźni spojrzeli na nią, przejeżdżając, Clifford krytycznie, leśnik z osobliwym, chłodnym podziwem, jak gdyby zupełnie bezosobowo pragnął wiedzieć, jak ona wygląda. A Connie dostrzegła w jego niebieskich, bezosobowych oczach wyraz jakiegoś cierpienia i obojętności, ale także jakiegoś ciepła. Dlaczego jednak był takim odludkiem, takim samotnikiem?
Clifford zatrzymał maszynę zaraz za bramą, a leśniczy podszedł szybko i uprzejmie, aby ją zamknąć.