— Dlaczego wybiegłaś naprzód otworzyć furtkę? — zapytał Clifford niewzruszenie spokojnym głosem, który świadczył u niego zawsze, że mu się coś nie podobało. — Mellors mógł to zrobić.
— Myślałam, że pojedziesz zaraz dalej — odpowiedziała Connie.
— A tobie każę biec z tyłu? — rzekł Clifford.
— O, co tam, ja bardzo lubię czasami pobiegać!
Mellors podszedł znowu do fotela; wzrok miał zupełnie obojętny, ale Connie czuła, że zauważył wszystko. Popychając fotel pod górę po dość stromym stoku wzgórza parkowego, oddychał szybko, z rozchylonymi wargami. Właściwie był dość wątły. Dziwnie pełen siły żywotnej, ale nieco wątły i przytłoczony. Kobiecy jej instynkt wyczuwał to.
Connie pozostała w tyle. Dzień poszarzał; błękitny skrawek nieba, który rozpościerał się przedtem nad okrągłymi skrajami mgły, zawarł się znowu, pokrywa była zamknięta, w powietrzu czuło się przenikliwy chłód. Zanosiło się na śnieg. Wszystko szare, wszystko szare! Świat miał wygląd zmęczony i wyczerpany.
Ruchomy fotel czekał na górnym krańcu różowej ścieżki. Clifford obejrzał się za żoną.
— Nie jesteś zmęczona? — zapytał.
— O, nie! — odpowiedziała Connie.
A jednak była zmęczona. Zbudziła się w niej jakaś dziwna, znużona tęsknota, jakieś niezadowolenie. Clifford nie spostrzegał tego: nie były to rzeczy, które zwykł spostrzegać. Ale obcy człowiek zauważył to. Wszystko w świecie i życiu Connie wydawało się jej znużone, a niezadowolenie jej było starsze niż góry.