Zbliżyli się do domu i do tylnych drzwi, przy których nie było stopni. Clifford zdołał się przenieść do niskiego domowego fotela ruchomego; miał bardzo silne i ruchliwe ramiona. Potem Connie przeniosła za nim brzemię jego martwych nóg.
Leśniczy, który czekał w służbowej postawie, aż zostanie zwolniony, dostrzegał wszystko dokładnie, nic nie uchodziło jego wzrokowi. Pobladł z przerażenia, gdy Connie uniosła w ramionach nieruchome nogi męża i przesunęła je na drugi fotel, a Clifford przenosił jednocześnie swój tułów. Był oszołomiony.
— Dziękuję za pomoc, Mellorsie — rzekł CIlifford niedbale, skierowując fotel przez korytarz skrzydła służbowego.
— Czy życzy pan sobie jeszcze czegoś, sir? — zabrzmiał obojętny głos, jak głos we śnie.
— Nie, do widzenia!
— Do widzenia, sir!
— Do widzenia! To bardzo ładnie, że pan wtoczył fotel po wzgórzu... Mam nadzieję, że nie zmęczyło to pana bardzo — rzekła Connie, odwracając się do leśnika, który stał za drzwiami.
Oczy jego na chwilę zetknęły się z jej oczyma, jakby się budził. Dostrzegł ją.
— O, nie, zupełnie — rzekł szybko.
Potem głos jego przeszedł znowu w rozlewne brzmienie dialektu.