— Mniej więcej! Ma we wsi matkę... i zdaje się, dziecko.

Clifford spojrzał na Connie bladymi, nieco wypukłymi oczyma, w których była jakaś rozlewność. Na przednim planie wydawał się ożywiony i czujny, ale na tylnym planie panowała atmosfera Anglii Środkowej, opary, zakopcona mgła. I mgła ta zdawała się wypełzać ku przodowi. Takie miała wrażenie, kiedy patrzał na nią w swój osobliwy sposób i w swój osobliwy sposób dawał jej dokładnie do zrozumienia, że tylny plan jego ducha zapełnia się mgłą, nicością. Budziło to w niej trwogę. Wydawał się jej przez to bezosobowy, aż do idiotyzmu.

Niejasno pojęła jedno z wielkich praw duszy ludzkiej: jeżeli dozna ona miażdżącego udaru, który nie zabija ciała, dusza zdaje się wraz z ciałem powracać do zdrowia. Ale jest to tylko pozorne. W istocie jest to jedynie mechanizm powracających nawyknień. Z wolna, z wolna, poczyna się rana duszy dawać we znaki, jak uraz zewnętrzny, który stopniowo przenika straszliwym bólem coraz głębiej, aż wreszcie ta rana duszy wypełnia całą psychę. A gdy nam się zdaje, żeśmy się uleczyli i zapomnieli, nadchodzi chwila, gdy trzeba zwalczać okropne skutki zranienia w ich najzłośliwszej formie.

Tak się działo z Cliffordem. Gdy tylko powrócił do zdrowia, gdy tylko znalazł się we Wragby i zaczął pisać swoje nowele i mimo wszystko poczuł się pewien życia — zapomniał na pozór o wszystkim i odzyskał równowagę umysłu. Ale teraz, gdy lata mijały wolno, wolno, Connie czuła, jak rana, zadana mu przez przez przerażenie i zgrozę, poczynała wychodzić na jaw i rozprzestrzeniać się w nim. Przez pewien czas znajdowała się tak głęboko, że niepodobna było ją wyczuć, że niejako nie istniała wcale. Teraz poczynała się z wolna przejawiać, a towarzyszyło jej przerażenie i niemal obezwładnienie. Duchowo ciągle jeszcze był rześki. Ale paraliż, spowodowany wielkim udarem, rozciągał się z wolna na jego życie uczuciowe.

I podobnie, jak się ten paraliż rozprzestrzeniał w Cliffordzie, tak czuła też Connie, że wkradał się i do niej. Jakiś lęk wewnętrzny, jakaś pustka, jakaś obojętność na wszystko rozpościerała się z wolna w jej duszy. Gdy potrząsano Cliffordem, potrafił jeszcze ciągle wspaniale przemawiać i niejako panować nad przyszłością, jak na przykład dzisiaj w lesie, kiedy mówił o tym, że chciałby mieć dziecko i dać swojej posiadłości dziedzica. Ale następnego dnia najwspanialsze słowa wydawały się skurczone jak uschłe liście, rozsypywały się w proch, nie znaczyły w istocie nic, rozwiewał je lada wiatr. Nie było to świeże listowie słów aktywnego życia, młode i pełne siły, przynależne do drzewa. Były to chmary opadłych liści życia, które stało się już nieczynne.

Wydawało się jej, że tak jest wszędzie. Górnicy z Tevershall mówili znowu o strajku, a Connie i tu wydawało się, że nie jest to przejaw energii, lecz rana, zadana przez wojnę, rana, która przez długi czas pozostawała niewidoczna, teraz zaś z wolna wypłynęła na powierzchnię, stwarzając wielki ból nieukoju i paraliżujące otępienie niezadowolenia. Była to rana głęboka, głęboka, głęboka... rana zadana przez fałszywą, nieludzką wojnę. Trzeba będzie żywej krwi pokoleń, aby rozpuścić gruby, czarny skrzep utraconej krwi, głęboko w ich duszach i ciałach. I trzeba będzie nowej nadziei.

Biedna Connie! Kiedy tak lata mijały, ogarniał ją lęk przed nicością jej życia. Życie duchowe CIifforda i własne napawały ją z wolna uczuciem nicości. Małżeństwo ich, ich życie, uzupełniające się nawzajem, ugruntowane na nawykowej poufałości, o której Clifford tyle mówił: bywały dni, kiedy wszystko to wydawało się zupełnie puste, wydawało się nicością. Były to słowa, tylko słowa. Jedyną rzeczywistością była ta nicość, a ponad nią tylko obłuda słów.

Było jeszcze powodzenie Clifforda: psia bogini! Prawda, stał się niemal sławny, a książki jego przynosiły mu tysiące funtów. Jego fotografie zjawiały się wszędzie. W pewnej galerii sztuk stało jego popiersie, w dwóch innych wisiały jego portrety. Wydawał się najnowocześniejszym ze wszystkich nowoczesnych głosów. Przy swoim niesamowitym, bezwładnym instynkcie reklamy stał się w ciągu czterech czy pięciu lat jednym z najpopularniejszych młodych „intelektualistów”. Gdzie tkwił ten intelekt, nie mogła Connie stwierdzić. Clifford był istotnie rozumny, jeżeli szło o z lekka humorystyczną analizę ludzi i motywów, która ostatecznie rozszczepia wszystko do ostateczności. Ale sprawiało to niemal takie wrażenie, jakby młode psiaki rozszarpywały poduszkę na sztuki; tylko że to nie miało cech młodości i swawoli, ale dziwnego zestarzenia i dość upartej zarozumiałości. Było to niesamowite i było jałowe. Takie było uczucie, które bez końca odzywało się echem w głębinach duszy Connie: wszystko to było nicością, cudownym widowiskiem nicości. I tylko widowiskiem. Widowiskiem! Widowiskiem! Widowiskiem!

Michaelis obrał Clifforda za główną osobę jednej ze swoich sztuk; ułożył już akcję i napisał pierwszy akt. Michaelis potrafił bowiem jeszcze lepiej niż Clifford dawać widowisko nicości. Była to ostatnia resztka namiętności w tych ludziach: namiętność dawania z siebie widowiska. Płciowo byli oni pozbawieni namiętności, wręcz martwi. I nie o pieniądze szło Michaelisowi. Clifford także nigdy nie myślał w pierwszym rzędzie o pieniądzach, chociaż zgarniał je, gdzie to było możliwe, gdyż pieniądze są oznaką i przypieczętowaniem powodzenia. A celem ich było powodzenie. Obaj oni pragnęli dać prawdziwe widowisko... prawdziwe widowisko, przy którym mężczyzna wystawia siebie samego na widok, aby na chwilę ujarzmić olbrzymie rzesze publiczności.

Dziwne to było... prostytuowanie się z psią boginią. Dla Connie, odkąd stała w istocie na uboczu, a zwłaszcza, odkąd przestała odczuwać podniecenie w tej grze, i to było tylko nicością. Nawet prostytuowanie się z psią boginią było nicością, chociaż mężczyźni prostytuowali się niezliczone razy. I to jest nicością.