— Tak? — odpowiedział Clifford. — Nie zauważyłem.

— Czyż on nie ma w sobie czegoś osobliwego? — nastawała Connie.

— Zdaje się, że to przyzwoity chłopak, ale wiem o nim bardzo mało. Powrócił dopiero w zeszłym roku z wojska, nie ma jeszcze roku. Jeżeli się nie mylę, z Indii. Może podchwycił tam trochę manier, może był ordynansem oficerskim i poduczył się na swoim stanowisku. Z niektórymi tak bywało. Ale to dla nich niedobrze; kiedy wracają do domu, muszą też wracać na swoje miejsce.

Connie spojrzała na Clifforda w zamyśleniu. Wyczuwała w nim jakąś osobliwą niechęć do każdego człowieka z niższej sfery, który mógłby się wybić, niechęć, którą znała jako charakterystyczną dla ludzi jego typu.

— Nie sądzisz jednak, że jest w nim coś szczególnego? — zapytała.

— Szczerze mówiąc, nie! Przynajmniej ja nic nie zauważyłem.

Spojrzał na nią z zaciekawieniem, nieswojo, na wpół podejrzliwie, a Connie czuła, że nie mówił prawdy; sam sobie prawdy nie mówił, o to właśnie szło. Nie mógł znieść napomknienia o rzeczywistej niezwykłości jakiegoś człowieka. Ludzie powinni stać w przybliżeniu na jego szczeblu albo niżej od niego.

Connie odczuła znowu, jak zaskorupiali, jak nieżyczliwi byli mężczyźni jej pokolenia, tacy byli zaskorupiali, tacy zastraszeni przez życie!

Rozdział siódmy

Powróciwszy do swojej sypialni, Connie zrobiła rzecz, której już od dawna nie robiła: rozebrała się zupełnie i stanęła naga przed wielkim lustrem. Nie wiedziała, co chciała zobaczyć, nie wiedziała nawet dokładnie, co widziała, przesunęła jednak lampę, aż światło padło pełnym blaskiem na jej postać.