Connie spojrzała na niego znowu. Oczy jego znów się uśmiechały, nieco drwiąco, ale ciepło i niebiesko, i łagodnie zarazem. Dziwiła mu się. Był teraz ubrany w długie spodnie, flanelową koszulę i szary krawat, włosy miał miękkie i wilgotne, twarz bladą i wyniszczoną. Gdy oczy przestawały się uśmiechać, wyglądały, jakby wycierpiały wiele, nie utraciwszy jednak swego ciepła. Ale otaczał go jakiś nalot odosobnienia; Connie nie istniała dla niego realnie.

Chciała powiedzieć wiele rzeczy, ale nie powiedziała nic. Spojrzała tylko na niego i rzekła:

— Mam nadzieję, że panu nie przeszkodziłam?

Lekki, drwiący uśmiech zwęził jego oczy.

— Czesałem się tylko, za pozwoleniem jaśnie pani. Przepraszam, że jestem bez marynarki, ale nie wiedziałem, kto puka. Tutaj nikt nigdy nie puka. A to, co nieoczekiwane, brzmi zwykle złowieszczo.

Wyszedł przed nią na ścieżkę ogródka, aby jej otworzyć furtkę. Widząc go w koszuli, bez niezgrabnej marynarki aksamitnej, Connie zauważyła znowu, jaki był szczupły, jaki chudy i trochę zgarbiony. A jednak kiedy przechodził teraz obok niej, coś młodego i jasnego było w jego włosach i żywych oczach. Mógł mieć trzydzieści siedem lub osiem lat.

Skierowała się w stronę lasu, wiedząc, że on spogląda za nią; wbrew woli czuła się przez to stropiona.

A on, powróciwszy do pokoju, pomyślał: „Miła jest, prawdziwa jest! Milsza jest, niż sobie sama uświadamia”.

Connie była bardzo zdziwiona jego osobą. Wydawał się tak różny od zwykłego leśniczego, w każdym razie był zupełnie inny, niż bywają robotnicy, chociaż miał coś wspólnego z miejscowymi ludźmi. Ale było w nim też coś niezwykłego.

— Leśniczy Mellors jest dziwnym człowiekiem — rzekła do Clifforda. — Mógłby być niemal gentlemanem.