— Dobrze, proszę jaśnie pani. Zaraz to załatwię.

Z chwilą przyjęcia rozkazu całe jego zachowanie zmieniło się zupełnie, przybrało odcień oschłości i oddalenia. Connie zawahała się, powinna była odejść. Rozglądała się jednak po małym, czystym, ale dość ponurym pokoiku z pewnego rodzaju zalęknieniem.

— Mieszka pan tu zupełnie sam? — zapytała.

— Zupełnie sam, proszę jaśnie pani.

— A przecież matka pańska...?

— Matka mieszka we własnym domu we wsi.

— Z dzieckiem? — zapytała Connie.

— Z dzieckiem!

Jego prosta, wyniszczona twarz przybrała nieokreślony, uśmiechnięty wyraz. Była to twarz, która zawsze zmieniała się w oszołamiający sposób.

— Nie — powiedział, widząc, że Connie stała, nie rozumiejąc nic. — Matka moja przychodzi co sobotę i sprząta mi; resztę robię sam.