Na twarzy Hildy widniała wojowniczość. Mimo łagodnego i spokojnego wyglądu była ona kobietą z gatunku dawnych Amazonek, kobietą niestworzoną do dostosowywania się do mężczyzny.
— Co za okropna miejscowość! — powiedziała cicho i z istotną nienawiścią spojrzała na stare, zrujnowane Wragby. Ona sama wyglądała miękko i ciepło, niby dojrzała gruszka, i była Amazonką prawdziwego, dawnego pokroju.
Poszła do Clifforda. Pomyślał, jak ona ładnie wygląda, ale i on cofał się przed nią. Rodzina jego żony nie posiadała jego gatunku manier ani jego gatunku etykiety. Uważał ich za outsiderów.
Siedział w swoim fotelu bezwładny i wypielęgnowany, z gładko przyczesanymi blond włosami, ze świeżą twarzą, z bladymi, nieco wypukłymi, niebieskimi oczyma, z wyrazem twarzy nieprzeniknionym, ale ugrzecznionym. Hilda uważała, że ma minę zgorzkniałą i głupkowatą, a on czekał. Było w nim trochę patosu, ale Hilda nie troszczyła się o to. Była pod bronią i choćby Clifford był papieżem albo cesarzem, jej by to nie obchodziło.
— Connie wygląda okropnie niezdrowo — rzekła miękkim głosem, skierowując na niego stanowczo swoje piękne, ciemno połyskujące, szare oczy. Wyglądała tak dziewczęco, zupełnie jak i Connie. Ale Clifford znał doskonale kryjącą się poza tym skałę szkockiej nieugiętości.
— Schudła trochę — odpowiedział.
— Nie staraliście się temu zaradzić?
— Czy sądzisz, że to konieczne? — zapytał Clifford z najuprzejmiejszą sztywnością angielską, gdyż dwie te właściwości idą w parze.
Hilda nie odpowiedziała, spojrzała tylko na niego groźnie. Bystrość odpowiedzi nie była mocną stroną ani jej, ani Connie. Spoglądała więc tylko posępnie przed siebie, a Clifford czuł się bardziej nieswojo, niż gdyby mu powiedziała najnieprzyjemniejsze rzeczy.
— Pójdę z nią do lekarza — oznajmiła wreszcie Hilda. — Czy znasz tu dobrego doktora w okolicy?