Było to coś podobnego, jakby tysiące tysięcy maleńkich korzonków i nitek świadomości w niej i w nim zrosły się w jedną skłębioną masę, aż nie mogły się już dalej tłoczyć razem i roślina obumierała. A teraz Connie spokojnie rozwikłała gmatwaninę swojej i jego świadomości, rozrywając łagodnie jedną po drugiej te subtelne nici, cierpliwie i niecierpliwie dążąc do wyzwolenia. Lecz więzy takiej miłości trudniej jest zerwać niż jakiekolwiek inne więzy; chociaż przybycie pani Bolton stanowiło wielką pomoc.
Ale Clifford ciągle jeszcze pragnął tych poufałych wieczorów spędzanych na rozmowach z Connie: na rozmowach i czytaniu. Connie mogła jednak teraz polecić pani Bolton, aby przyszła o dziesiątej i przeszkodziła. O dziesiątej mogła wejść do swego pokoju i być sama. Clifford znajdował się w dobrych rękach pani Bolton.
Pani Bolton jadała z panią Betts w pokoju gospodyni, gdyż lubiły się one bardzo. Dziwne było w ogóle, o ile bardziej przybliżyło się teraz skrzydło służbowe; aż do samych drzwi pokoju Clifforda, podczas gdy dawniej znajdowało się tak daleko. Pani Betts siedziała bowiem czasami w pokoju pani Bolton, a Connie słyszała ich stłumione głosy i czuła niejako, jak tak zupełnie odmienne tętna ludzi pracujących przenikały niemal do salonu, gdy ona i Clifford byli sami. Tak dalece zmieniło się Wragby już dzięki samemu przybyciu pani Bolton.
I Connie czuła się wyzwolona, czuła się w innym świecie, miała wrażenie, że oddycha inaczej. Ciągle jeszcze doznawała jednak lęku na myśl, ile z jej korzeni, może najważniejszych dla życia, splątanych było z korzeniami Clifforda. A jednak oddychała swobodniej, w życiu jej zaczynał się nowy okres.
Rozdział ósmy
Pani Bolton bacznym okiem spoglądała na Connie, czuła bowiem, że musi rozciągnąć swoją kobiecą i zawodową opiekę także i na nią. Nalegała zawsze, aby jaśnie pani wychodziła na spacer, wyjeżdżała do Uthwaite, przebywała na świeżym powietrzu, gdyż Connie nabrała przyzwyczajenia przesiadywania cicho przy kominku albo udawania, że czyta lub szyje, i nie wychodziła już prawie zupełnie.
Pewnego wietrznego dnia, wkrótce po wyjeździe Hildy, pani Bolton rzekła:
— Dlaczego nie przespaceruje się pani po lesie i nie pójdzie się przyjrzeć żółtym narcyzom za leśniczówką? Najpiękniejsza to rzecz, jaką można widzieć w te dni marcowe. Mogłaby pani przynieść kilka z nich do swego pokoju. Dzikie narcyzy mają zawsze tak rozweselający wygląd, prawda?
Connie wysłuchała tego łagodnie. Dzikie narcyzy! Ostatecznie nie można było ciągle przetrawiać własnych myśli. Nadeszła znowu wiosna... „Pory roku powracają, ale dla mnie nie powraca dzień ani słodkie zbliżanie się wieczora i ranka42”.
A leśniczy, jego wysmukłe, białe ciało niby samotny słupek niewidzialnego kwiatu! Zapomniała o nim w tym niewysłowionym przygnębieniu. Ale teraz zbudziło się coś... „Blady za drzwiami i wrotami”...43 Trzeba było tylko przekroczyć te drzwi i wrota.