Czuła się silniejsza, łatwiej jej było chodzić, a w lesie wiatr nie będzie tak nużący, jak w drodze przez park, gdzie bił w nią z całą mocą. Chciała zapomnieć, zapomnieć o świecie i wszystkich tych na wpół zapowietrzonych ludziach. „Musicie się na nowo narodzić! Wierzę w zmartwychwstanie ciała! Jeśli ziarno zboża pada na ziemię i nie umiera, powinno rodzić dalej44. Jeśli kwiecie szafranu wschodzi, chcę i ja wzejść i ujrzeć słońce!” Na wietrze marcowym przewijały się takie zdania bez ustanku przez jej świadomość.

Małe kępki światła słonecznego przemykały dziwnie jasno i rozświetlały jaskółcze ziele na skraju lasu albo połyskiwały lśniąco i żółto pod krzami leszczyny. Las był cichy, zupełnie cichy, a jednak przesiąknięty wpadającym weń słońcem. Wychyliły się już pierwsze sasanki, i cały las wydawał się blady od bladości niezliczonych małych przylaszczek, którymi usiany był wstrząśnięty grunt. „Świat pobladł od twego oddechu”45. Ale tym razem był to oddech Persefony, która pewnego chłodnego poranku wymknęła się z podziemi. Zimne tchnienia oddechu przemykały dołem, a wyżej szalał gniew wichru, który uplątał się w gałęziach. I on, wicher, uplątał się w gałęziach i starał się wyrwać i uwolnić niby Absalom46. Jak zziębnięte wyglądały sasanki, których nagie, białe ramionka drżały nad zielonymi krynolinkami. Ale wytrzymały chłód. Podobnie jak kilka pierwszych, pobladłych pierwiosnków na skraju drogi i żółte pąki, które się dopiero rozwijały.

Poświst i poszum był w górze, a tylko zimny ciąg powietrza docierał na dół. Connie była w lesie dziwnie podniecona, krew napłynęła na jej policzki i żarzyła się niebiesko w jej oczach. Szła naprzód chwiejnym krokiem, zrywając pierwiosnki i pierwsze bratki, pachnące słodko i chłodno, słodko i chłodno. I szła naprzód, nie wiedząc, gdzie była.

Aż przybyła na polanę na drugim krańcu lasu i ujrzała upstrzony zielenią domek ceglany, prawie różowy, jak miąższ na dolnej stronie grzyba; cegły domu rozgrzane były nawałą słońca. A przy drzwiach było migotanie żółtego jaśminu — przy zamkniętych drzwiach. Nie słychać jednak było ani dźwięku; nie unosił się dym z komina; nie rozlegało się szczekanie psa.

Cicho okrążyła dom, wyszła na tył, gdzie grunt się wznosił. Miała pretekst, chciała obejrzeć narcyzy.

I ujrzała je, kwiaty na krótkich łodygach, szeleszczące i powiewające, i drgające, takie jasne i żywe, lecz niemające miejsca, gdzie mogłyby ukryć twarze, kiedy się odwracały od wiatru.

W trosce i rozpaczy potrząsały swymi jasnymi, słonecznymi chorągiewkami. Ale może im się to naprawdę podobało; może im się naprawdę podobało, że wiatr tak nimi wstrząsał.

Constance usiadła, oparłszy plecy o młodą jodłę, która skinęła jej, przeniknięta dziwnym życiem, wznosząca się elastycznie i potężnie. Wyprostowana, żywa istota, z głową zanurzoną w słońcu! Ujrzała, jak narcyzy rozzłociły się nagle w przebijającym się świetle słonecznym, które leżało ciepło na jej rękach i na jej łonie. Nawet ona podchwyciła słaby, smolny zapach kwiatów. A potem, kiedy siedziała tak cicha i sama, zdało się jej, że przedostała się w prąd własnego, prawdziwego losu. Była uwiązana na postronku i szarpała się i jęczała jak łódź na łańcuchu; a teraz była wolna i płynęła w dal.

Słońce ustąpiło nagłemu chłodowi; narcyzy stały w cieniu i chybotały się w milczeniu. Będą się tak chybotały przez cały dzień i przez długą, zimną noc. Takie silne, chociaż tak wątłe!

Podniosła się trochę sztywno, zerwała kilka narcyzów i zeszła po zboczu. Niechętnie zrywała kwiaty, ale pragnęła teraz móc zabrać ze sobą kilka z nich. Musiała powrócić do Wragby i do jego murów, a teraz nienawidziła Wragby, a zwłaszcza jego grubych murów. Mury! Zawsze mury! Ale potrzebne były na takim wietrze.