Kiedy powróciła do domu, Clifford zapytał:

— Gdzie byłaś?

— Chodziłam po lesie! Patrz, czy te małe narcyzy nie są cudowne? Pomyśleć, że coś podobnego powstaje z ziemi!

— Tak samo z powietrza i słońca — rzekł Clifford.

— Ale ukształtowało się w ziemi — zaoponowała tak rezolutnie, że aż sama się temu zdziwiła.

Następnego popołudnia poszła znowu do lasu. Szła szeroką drogą wijącą się łukiem pod górę, między modrzewiami, ku źródłu, zwanemu „Świętojańskim”. Chłodno tu było na zboczu, a w mroku modrzewi nie rósł ani jeden kwiatek. Ale lodowate małe źródło wytryskało łagodnie ze swego maleńkiego łożyska czystego, czerwonawo białego żwiru. Jakie ono było lodowato zimne i przejrzyste! Jakie migoczące! Nowy leśniczy na pewno powrzucał do niego świeżego żwiru. Słyszała cichy plusk, z jakim przejrzysty nadmiar wody wylewał się poza skraj i w dół stoku. Nawet poprzez syczący szum modrzewiowego lasu, rozciągającego swój sterczący, bezlistny, wilczy mrok ponad zboczem, słyszała dźwięk jak gdyby maleńkich dzwoneczków wodnych.

Było to miejsce nieco posępne, chłodne i wilgotne. Ale źródło musiało być od setek lat wodopojem. Teraz jednak nie było już nim. Mała polana była wilgotna, chłodna i opustoszała.

Connie podniosła się i skierowała ku domowi. Idąc, usłyszała z daleka po prawej stronie ciche stukanie i zatrzymała się, nadsłuchując. Czy to uderzenie młotka, czy może dzięcioł? Na pewno uderzenia młotka.

Nadsłuchując, szła dalej. A potem ujrzała między młodymi jodłami wąską ścieżkę, która na pozór nigdzie nie prowadziła. Connie miała jednak wrażenie, że ta ścieżka jest używana. W żądzy przygód ruszyła tą dróżką, między grubymi, młodymi jodłami, które niebawem ustąpiły miejsca staremu lasowi dębowemu. Szła ścieżką, a stukanie rozbrzmiewało coraz bliżej w ciszy lasu, gdyż drzewa nawet we wrzawie wichru stwarzały ciszę.

Ujrzała ukrytą, małą polanę i ukryty, mały szałas z prostych belek. A ona tu jeszcze nigdy nie była! Domyśliła się, że było to owo spokojne miejsce, w którym hodowano młode bażanty; leśniczy klęczał bez marynarki i walił młotkiem. Pies wybiegł naprzeciw niej z krótkim, głośnym ujadaniem, a leśniczy podniósł nagle głowę i ujrzał ją. W oczach jego zamigotał wyraz zdumienia.