Wyprostował się i pozdrowił ją, patrząc w milczeniu, jak zbliżała się do niego ze słabnącymi członkami. Niezadowolony był z tego wtargnięcia. Cenił swoją samotność jako jedyną i ostatnią wolność w życiu.

— Zastanawiałam się, co to za stukanie — rzekła Connie; kiedy tak patrzał jej prosto w oczy, czuła się słaba, bez tchu, nieco zalękniona.

— Robia chlywik do wylengania lo małych fazanów — rzekł leśniczy najwyrazistszym dialektem.

Connie nie wiedziała, co odpowiedzieć, i czuła się słaba.

— Chciałabym trochę usiąść — rzekła.

— Niech żys panuchna wlyzom i siednom se w szopie — odpowiedział leśniczy, wszedł przed nią do szałasu, odsunął na bok kilka kawałków drzewa i narzędzi i podał jej wielki stołek z leszczynowych patyków.

— Cy mom zrobić łogień? — zapytał z dziwną naiwnością dialektu.

— O, niech się pan nie trudzi — odpowiedziała Connie.

Ale leśniczy spojrzał na jej ręce: były prawie sine. Chwycił więc szybko kilka gałęzi modrzewiowych i rzucił je na mały kominek ceglany w kącie, a za chwilę buchnął ku kominowi żółty płomień. Mellors zrobił jej miejsce przy ognisku.

— Siednom se sam, panuchno, i łogrzejom sie — rzekł.