Connie usłuchała. Leśniczy posiadał ów dziwny rodzaj opiekuńczego autorytetu, któremu musiała być posłuszna. Siedziała więc i grzała ręce przy ogniu, dokładając raz po raz polano, podczas gdy on stukał dalej młotkiem przed szałasem. Nie chciało się jej siedzieć tak wciśniętej w kącik przy ogniu. Wolałaby przyglądać mu się ode drzwi, ale opiekowano się nią, musiała więc być posłuszna.

Chatka była bardzo miła, wykładana niepokostowanym drzewem, a prócz jej stołka był jeszcze drugi oraz wiejski stół, ława ciesielska i wielka skrzynia, narzędzia, nowe deski, gwoździe; na ścianach wisiało wiele przedmiotów: siekiera, toporek, potrzaski, narzędzia w workach, jego marynarka. Okna nie było, światło wpadało przez otwarte drzwi. Była to gmatwanina, ale było też coś w rodzaju małego sanktuarium.

Nadsłuchiwała uderzeń jego młotka; nie brzmiały już tak szczęśliwie. Był przygnębiony. W dziedzinę jego wdarł się intruz, i to niebezpieczny! Kobieta! Doszedł już do punktu, gdy wszelkie jego pragnienia na ziemi wyrażały się w tym jednym: być samotnym. A jednak nie posiadał mocy obronienia swojej samotności. Był najemnym człowiekiem, a ci ludzie byli jego panami.

Zwłaszcza z kobietą nie chciał się zetknąć. Lękał się tego; doznał bowiem głębokiej rany przy poprzednich zetknięciach. Czuł, że umrze, jeżeli nie będzie mógł być sam, jeżeli go się nie pozostawi samego. Unikał świata zewnętrznego bez zastrzeżeń; ostatnią jego ucieczką był ten las; tutaj się chronił!

Connie było ciepło przy ogniu, który Mellors zbyt hojnie rozpalił; potem zrobiło się jej gorąco. Wstała i usiadła na stołku w drzwiach, przyglądając się leśniczemu i jego pracy. Zdawało się, że jej nie spostrzega, ale wiedział, że ona jest. Mimo to pracował dalej, jakby był zupełnie zatopiony w swoim zajęciu, a brunatny jego pies siedział obok niego i badawczo rozglądał się po świecie, któremu nie można było ufać.

Wysmukły, cichy i zręczny mężczyzna zakończył pracę nad kojcem, który robił, wypróbował zasuwane drzwiczki, potem odstawił go. Wstał, wziął drugą klatkę i zaniósł ją do pnia, przy którym pracował. Schylił się i obejrzał pręty; kilka złamało się w jego ręku; zaczął wyciągać gwoździe. Potem odwrócił klatkę i zastanowił się, nie zdradzając ani znakiem, że uświadamia sobie w ogóle obecność pani.

Connie obserwowała go nieustannie. To samo samotne odosobnienie, jakie dostrzegła w nim, kiedy był nagi, widziała i teraz, gdy był ubrany: samotny i pełen zapału, jak zwierzę, które pracuje samo, ale też zadumany, jak dusza, która się cofa precz, precz od zetknięcia z ludźmi. Milczący, cierpliwy, cofał się nawet teraz przed nią. Ów spokój, owa pozaczasowa cierpliwość niecierpliwego i namiętnego człowieka najbardziej wzruszała Connie. Dostrzegała ją w jego schylonej głowie, w zręcznych, pewnych dłoniach, w pochyleniu jego zgrabnych, wrażliwych bioder; coś cierpliwego i odwróconego. Czuła, że jego przeżycia były głębsze i rozleglejsze niż jej. Daleko głębsze i rozleglejsze, może nawet bardziej śmiertelne. Było to dla niej ulgą; czuła się niemal nieodpowiedzialna.

Siedziała więc tak w drzwiach szałasu w rozmarzeniu, zupełnie nieświadoma czasu i szczególnych okoliczności. Zadumała się tak bardzo, że leśniczy podniósł szybko wzrok i dojrzał cichy i wyczekujący wyraz jej twarzy. Dla niego był to wyraz oczekiwania. I mały, wąski języczek ognisty wybuchnął nagle w jego lędźwiach, u korzenia grzbietu, aż jęknął w duchu. Niemal ze wstrętem obawiał się wszelkiego bliższego zetknięcia z ludźmi, obawiał się jak śmierci. Pragnął nade wszystko, aby odeszła i pozostawiła go w jego odosobnieniu. Lękał się jej woli, jej kobiecej woli i jej współcześnie kobiecego uporu. A przede wszystkim lękał się jej chłodnego bezwstydu, właściwego wyższym klasom, pragnącym zawsze wszystkiego wedle własnych zachcianek. Ostatecznie bowiem był najemnym człowiekiem. Nienawidził jej obecności.

Connie ocknęła się nagle i poczuła się dziwnie nieswojo. Wstała. Popołudnie miało się ku końcowi, a ona nie mogła odejść. Podeszła do mężczyzny, który stanął w służbowej postawie; twarz jego, wyniszczona troskami, była nieruchoma i pusta, oczy skierowane na nią badawczo.

— Pięknie tu jest, tak spokojnie — rzekła Connie. — Nigdy tu jeszcze nie byłam.