Wchodzi, stawia butelki na stole i mówi: „No panie Jakubie, zawrzyjmy pokój”... Gospodyni nie była pierwszej młodości: była to kobieta duża i tęga, rześka, miłego wyrazu twarzy, w miarę zaokrąglona, usta dość duże, ale z pięknymi zębami, lica szerokie, oczy nieco wypukłe, czoło bogato sklepione, prześliczna płeć, fizjonomia otwarta, wesoła i żywa, ramiona trochę pełne, ale ręce wspaniałe, godne pędzla lub dłuta. Kubuś objął ją w pół i uścisnął mocno; uraza jego nigdy nie ostała się w obliczu dobrego wina i pięknej kobiety; tak było napisane w górze o nim, o tobie czytelniku i o wielu innych. „Panie — rzekła do chlebodawcy Kubusia — czy puści nas pan tak samych? Spójrz pan: ręczę, że choćbyś miał jeszcze sto mil przed sobą, nie będziesz pił lepszego przez całą drogę”. Tak mówiąc, ścisnęła butelkę między kolanami i dobyła korek, po czym z osobliwą zręcznością przytkała otwór wielkim palcem, nie uroniwszy ani kropelki płynu. „Dalej — rzekła do Kubusia — prędko, prędko, szklanka”. Kubuś podsuwa szklankę; gospodyni cofa nieco palec i oto twarz Kubusia cała okryła się pianą. Kubuś zniósł pogodnie psotę, gospodyni zaczęła się śmiać, Kubuś i pan również. Wychylono parę szklaneczek, jedną po drugiej, aby zapoznać się z charakterem butelki, po czym gospodyni rzekła: „Bogu chwała! wszyscy szczęśliwie w łóżkach, nikt nie będzie przerywał, mogę podjąć opowiadanie”. Kubuś, spoglądając na nią oczyma, których wino szampańskie spotęgowało naturalną żywość, rzekł: „Nasza gospodyni była piękna jak anioł; jak panu się wydaje?”.
PAN: Była! Do paralusza, ależ jest jeszcze, Kubusiu!
KUBUŚ: Panie, ma pan słuszność; bo też ja nie porównywałem jej z żadną inną kobietą, jeno z nią samą, gdy była młodsza.
GOSPODYNI: Phi, niewiele zostało z tego dzisiaj; dawniej, kiedy to można było mnie objąć w pasie dwoma pierwszymi palcami obu rąk, wtedy trzeba było na mnie patrzeć! Zbaczano z drogi bodaj o cztery mile, aby tutaj nocować. Ale dajmy pokój... różne tam były, lepsze i gorsze, te głowy, które zdarzyło mi się zawrócić... Śpieszmy teraz do pani de La Pommeraye.
KUBUŚ: Gdybyśmy wprzódy wypili łyczek za zdrowie tych gorszych głów, które pani zawróciła, czyli za moje zdrowie?
GOSPODYNI: Bardzo chętnie; były między nimi takie, które były tego warte, licząc w to albo i nie licząc głowę pana Jakuba. Czy wiecie, że przez dziesięć lat byłam opatrznością wojskowych, rozumie się w uczciwym rozumieniu? Wielu z tych, którym wygodziłam, znalazłoby się w wielkim kłopocie, gdyby im przyszło wyekwipować się w pole bez mojej pomocy. To dzielni ludzie, nie mam przyczyny uskarżać się na nich, ani też oni na mnie. Żadnych obligów, weksli; czasem dali trochę czekać; ale, po upływie dwóch, trzech, czterech lat, zawszem swoje dostała z powrotem...
I dalejże wyliczać oficerów, którzy uczynili jej zaszczyt czerpiąc w jej sakiewce: pan taki a taki, pułkownik ***, pan znów taki, kapitan ***; i nagle Kubuś zaczyna wykrzykiwać: „Mój kapitan! mój biedny kapitan! znałaś go pani?”.
GOSPODYNI: Czy znałam? Słuszny, dobrze zbudowany, nieco suchy, wejrzenie szlachetne i surowe, łydka muskularna, dwa czerwone punkciki na prawej skroni. Więc pan służyłeś?
KUBUŚ: Czy służyłem?
GOSPODYNI: Tym więcej pana kocham za to; nie wątpię, iż zachowałeś wszystkie przymioty swego dawnego stanu. Pijmy zdrowie pańskiego kapitana.