PAN: Przysięgam.

Czytelniku, miałbym wielką pokusę zażądać od ciebie tej samej przysięgi, ale zwrócę ci tylko uwagę na pewne dziwactwo w charakterze Kubusia, które odziedziczył widocznie po swym dziadku Jazonie, milczącym tandeciarzu; mianowicie Kubuś na wspak zwyczajowi gadułów, mimo iż lubił dużo mówić, miał wstręt do powtarzań. Dlatego też, powiadał nieraz panu: „Pan mi gotuje bardzo smutną przyszłość; cóż się ze mną stanie, kiedy nie będę miał już nic do powiedzenia?”.

— Powtórzysz da capo.

— Kubuś i powtarzanie! Zgoła przeciwna rzecz jest zapisana w górze; gdyby mi się zdarzyło powtórzyć się, nie mógłbym powstrzymać wykrzyknika: „Ach, gdyby dziadek cię słyszał!”... i żałowałbym knebla.

KUBUŚ: W czasach, kiedy grywano w gry hazardowne na jarmarkach świętego Germana i świętego Wawrzyńca...

PAN: Ależ to w Paryżu, kolega zaś kapitana jest komendantem granicznej fortecy.

KUBUŚ: Na miłość boską, panie, daj mi pan mówić... Kilku oficerów weszło do kramiku, gdzie zastali innego oficera rozmawiającego z gospodynią. Jeden z przybyszów zaproponował partyjkę kości; trzeba bowiem panu wiedzieć, iż po śmierci mego kapitana, kolega jego, stawszy się bogatym, stał się również i graczem. Zatem on lub też pan de Guerchy, przyjmuje. Los wkłada kubek z kośćmi w ręce jego przeciwnika, który wygrywa, wygrywa, wygrywa... wprost bez końca. Gra się rozgrzała, stawki wzrastały z piorunującą szybkością, kiedy jeden z obecnych zwrócił uwagę pana de Guerchy lub też kolegi mego kapitana, iż dobrze by uczynił nie forsując dalej i dając pokój grze, w której partner bieglejszy jest od niego. Na te słowa, które były jeno prostym żartem, koledze mego kapitana lub też panu de Guerchy wpada do głowy, iż ma do czynienia z oszustem; nie namyślając się, wsuwa rękę do kieszeni, dobywa bardzo ostrego noża i gdy przeciwnik wyciągnął rękę po kości, aby je włożyć do kubka, przygważdża nożem rękę do stołu, mówiąc: „Jeśli kości są fałszywe, jesteś łajdakiem, jeśli są dobre, moja wina”... Kości okazały się dobre. Pan de Guerchy rzekł: „Jest mi niezmiernie przykro i gotów jestem dać zadośćuczynienie, jakiego pan zażąda”... Inne były słowa kolegi mego kapitana; ów rzekł: „Straciłem pieniądze; przedziurawiłem rękę uczciwemu człowiekowi; ale w zamian za to, będę miał przyjemność pojedynkowania się, ile dusza zapragnie”... Skaleczony oficer odchodzi i daje sobie opatrzyć rękę. Skoro się wyleczył, zgłasza się do przygwoździciela i żąda porachunku; ów, czyli pan de Guerchy, uważa żądanie za słuszne. Drugi, czyli kolega mego kapitana, zarzuca mu ręce na szyję i powiada: „Oczekiwałem pana z niecierpliwością nie do opisania”... Idą na łączkę: przygwoździciel, pan de Guerchy lub też kolega mego kapitana, dostaje tęgie pchnięcie szpadą w piersi; przygwożdżony podnosi go, każe zanieść do domu i powiada: „Panie, zobaczymy się jeszcze”... Pan de Guerchy nie odpowiada nic; kolega mego kapitana odpowiada: „Panie, liczę na to”. Biją się raz, drugi, trzeci, aż do ósmego lub dziesiątego razu i zawsze przygwoździciel zostaje na placu. Byli to obaj znaczni oficerowie, obaj ludzie wysokiej wartości; przygoda ich narobiła hałasu; wdało się ministerium. Zatrzymano jednego w Paryżu, drugiego wysłano na posterunek. Pan de Guerchy poddał się rozkazom dworu; kolega mego kapitana był zrozpaczony; taka jest różnica między dwoma ludźmi dzielnymi z natury, ale z których jeden jest rozsądny, drugi zaś ma swego bzika.

Aż dotąd przygoda pana de Guerchy i kolegi mego kapitana jest im wspólna: po prostu taż sama; oto przyczyna, dla której wymieniłem obu, rozumie pan teraz? Tutaj rozdzielę ich i będę mówił jedynie o koledze kapitana, reszta bowiem należy tylko do niego. Ach, panie, tu dopiero pan zobaczy, jak mało jesteśmy panami i naszych losów i ile dziwacznych rzeczy napisano na wielkiej wstędze!

Kolega mego kapitana, alias przygwoździciel, uzyskuje pozwolenie odwiedzenia stron rodzinnych. Droga wiodła przez Paryż. Zajmuje miejsce w dyliżansie. O godzinie trzeciej rano, dyliżans przejeżdża koło Opery; właśnie publiczność wychodziła z balu. Kilku zamaskowanych trzpiotów wpada na pomysł śniadania z podróżnymi dyliżansu; o świcie przybywają na miejsce popasu. Przyglądają się sobie. Któż opisze zdumienie obu, gdy przygwożdżony spotkał się nos w nos z przygwoździcielem. Ten podaje mu rękę, ściska go i oświadcza, jak bardzo zachwycony jest tak szczęśliwym spotkaniem; natychmiast udają się za szopę, dobywają szpady, jeden w surducie, drugi w dominie. Przygwoździciel, czyli kolega mego kapitana, jeszcze i tym razem zostaje na placu. Przeciwnik posyła po chirurga, siada do stołu ze swymi przyjaciółmi i resztą zawartości dyliżansu, pije i zajada wesoło. Jedni gotowali się właśnie puścić w dalszą drogę, drudzy wrócić do stolicy, w maskach i na koniach pocztowych, kiedy pojawiła się gospodyni i położyła koniec opowiadaniu Kubusia.

Wróciła tedy i uprzedzam cię, czytelniku, że nie jest już w mej mocy wyprawić ją z powrotem. — A to dlaczego? — Ponieważ pojawiła się z dwiema butelkami szampańskiego, po jednej w każdej ręce, i ponieważ jest napisane w górze, że wszelki mówca, który zwróci się do Kubusia z tą apostrofą, zapewni sobie nieodwołalnie jego ucho.