GOSPODYNI: Od tego dnia margrabia stał się częstszym gościem u pani de La Pommeraye; zauważyła to, nie pytając wszelako o przyczynę. Nie mówiła nigdy pierwsza o nowych znajomych; czekała, aż sam poruszy tę materię: co margrabia zawsze czynił skwapliwie i ze źle udaną obojętnością.

MARGRABIA: Czy widziałaś pani nasze przyjaciółki?

PANI DE LA POMMERAYE: Nie.

MARGRABIA: Wiesz pani, że to nie jest zbyt pięknie? Jesteś bogatą; one w niedostatku; i nie ofiarujesz im bodaj łyżki zupy od czasu do czasu!

PANI DE LA POMMERAYE: Myślałam, że lepiej mam zaszczyt być znaną panu margrabiemu. Miłość użyczała mi niegdyś zalet, obecnie przyjaźń użycza przywar. Zapraszałam z dziesięć razy, nie zdoławszy ich ściągnąć ani raz jeden. Wzbraniają się odwiedzać mnie, wskutek swoich osobliwych pojęć; kiedy ja bywam u nich, muszę zostawiać pojazd na rogu ulicy i przemykać się w najskromniejszym odzieniu, bez różu i brylantów. Nie trzeba się zanadto dziwić ich oględności; fałszywa plotka wystarczyłaby, aby odwrócić od nich serce osób dobroczynnych i pozbawić je pomocy. Tak, margrabio, snadź czynić dobrze musi bardzo wiele kosztować...

MARGRABIA: Zwłaszcza dewotów...

PANI DE LA POMMERAYE: Skoro najlżejszy pozór wystarczy, aby zwolnić od tego. Gdyby wiedziano, że się nimi interesuję, powiedziano by zaraz: są pod opieką pani de la Pommeraye, nie trzeba im niczego... I oto przepadły jałmużny.

MARGRABIA: Jałmużny!

PANI DE LA POMMERAYE: Tak, panie, jałmużny!

MARGRABIA: Pani je znasz i zmuszone są żyć z jałmużny?