PANI DE LA POMMERAYE: Ale należąca do niewielkiej liczby tych, których się nie zapomina, gdy się je raz widziało.

MARGRABIA: To prawda, że ta twarz niełatwo się zaciera w pamięci.

PANI DE LA POMMERAYE: Strzeż się, margrabio; gotujesz sobie zmartwienia: wolę cię od nich chronić, niż po nich pocieszać. Nie sądź tej osoby miarą tych, które znałeś; to zupełnie inna parafia; takich ani się nie kusi, ani uwodzi, ani się nie da do nich zbliżyć, ani zechcą słuchać, słowem, nie ma z której strony ugryźć.

Tu margrabia przypomniał sobie nagle jakąś pilną sprawę, zerwał się z krzesła i wyszedł zamyślony.

Przez dosyć długi czas nie minął ani dzień, by margrabia nie odwiedził pani de La Pommeraye; ale zjawiał się, siadał i trwał w milczeniu; pani de La Pommeraye mówiła cały czas sama; po kwadransie margrabia wstawał i odchodził.

Następnie zaszła przerwa trwająca blisko miesiąc, po upływie której się pojawił, ale smutny, melancholijny, zmieniony. Margrabina widząc go, rzekła: „Jak pan wyglądasz! co się z panem dzieje? Czyżbyś cały ten czas spędził w jakim lubym gniazdku?”.

MARGRABIA: Na honor, niemalże tak. Z rozpaczy rzuciłem się w najobrzydliwszą rozpustę.

PANI DE LA POMMERAYE: Jak to? z rozpaczy?

MARGRABIA: Tak z rozpaczy!...

To rzekłszy, zaczął przechadzać się wzdłuż i wszerz nie mówiąc słowa; podchodził ku oknu, spoglądał w niebo, przystawał przed panią de La Pommeraye; szedł ku drzwiom, wołał swoich ludzi, którym nie miał nic do powiedzenia, odsyłał ich, wracał; podchodził znów ku pani de La Pommeraye, która zajęta haftem nie zwracała nań uwagi; chciał mówić, nie śmiał; wreszcie ulitowała się i rzekła: „Co się z panem dzieje? Nie pokazujesz się miesiąc; naraz zjawiasz się z miną człowieka wykopanego z grobu i błądzisz niby dusza potępiona”.