PAN: I umacniać się mówieniem o niej.
KUBUŚ: Cóż za kobieta! cóż za szatan-kobieta! Pani gosposiu, znów mnie strach oblatuje.
GOSPODYNI: Margrabia zachodził tedy codziennie pogwarzyć z panią de La Pommeraye, która do reszty umiała go rozdrażnić, utwierdzić i pogrążyć za pomocą najbardziej przemyślnych rozmówek.
Wywiadywał się o miejsce pochodzenia, ród, wychowanie, majątek i nieszczęścia tych kobiet; powracał bez końca do tego tematu, nigdy się nie mógł dosyć nadowiadywać i narozczulać. Margrabina uświadamiała mu postępy jego uczuć i pod pozorami ostrzeżenia oswajała z niebezpieczeństwem. „Margrabio — mówiła — uważaj; to cię może zaprowadzić daleko; mogłoby zdarzyć się pewnego dnia, iż przyjaźń, której nadużywasz w tak osobliwy sposób, nie starczy za wymówkę ani w moich, ani w twoich oczach. Nie znaczy to, iżby codziennie ludzie nie czynili i większych szaleństw. Margrabio, lękam się bardzo, iż nie zdobędziesz tej kobiety, chyba pod warunkami, które aż dotąd nie bardzo były wedle twego smaku”.
Skoro pani de La Pommeraye osądziła, iż margrabia dostatecznie jest przygotowany, ułożyła z obiema paniami, iż przybędą do niej na obiad; z margrabią zaś, iż dla niepoznaki zaskoczy je w podróżnym ubraniu; i tak się stało.
Wnoszono właśnie drugie danie, gdy oznajmiono margrabiego. Margrabia! Pani de La Pommeraye i obie d’Aisnon po mistrzowsku odegrały zakłopotanie. „Pani — rzekł do gospodyni domu — przybywam wprost ze wsi; w domu spodziewają się mnie aż wieczór; ośmieliłem się tedy mniemać, iż nie odmówisz mi łyżki rosołu”... Tak mówiąc, przysunął sobie krzesło i zasiadł przy stole. Rozmieszczono nakrycia w ten sposób, iż znalazł się obok matki, a naprzeciw córki. Podziękował skinieniem oka pani de La Pommeraye za ten wzgląd. Po chwili pierwszego zmieszania nabożnisie ośmieliły się. Rozmowa potoczyła się żywo, nawet wesoło. Margrabia był pełen atencji dla matki i najbaczniejszej grzeczności dla córki. Była to w istocie cicha zabawa, wielce ucieszna dla tych trzech kobiet, owe skrupuły margrabiego, aby nic nie powiedzieć, nie pozwolić sobie na nic, co by je mogło spłoszyć.
Były na tyle okrutne, iż wytrzymały go na rozmówkach z zakresu dewocji przez trzy godziny z rzędu, aż pani de La Pommeiaye rzekła: „Twoje odezwania się, margrabio, przynoszą istotny zaszczyt pańskim rodzicom; pierwsze nauki wyniesione z domu nie zacierają się nigdy. Chwytasz w lot wszystkie subtelności miłości bożej, tak jak gdybyś miał zawsze jeno świętego Franciszka Salezego za cały pokarm duchowy. Czyżbyś był po trosze kwietystą37?
— Nie przypominam już sobie...
Nie potrzebuję mówić, że nasze pobożnisie włożyły w rozmowę cały możebny zasób wdzięku, lekkości, dowcipu i ponęty. Dotknięto mimochodem kwestii namiętności; panna Duquênoi (było to jej rodowe nazwisko) utrzymywała, iż istnieje wśród nich jedna tylko niebezpieczna. Margrabia podzielał jej zdanie. Pomiędzy szóstą a siódmą panie zaczęły się żegnać. Żadne nalegania nie zdołały ich zatrzymać; pani de La Pommeraye zgadzała się z panną Duquênoi, iż trzeba zawsze dawać obowiązkowi miejsce przed zabawą, inaczej nie byłoby dnia, którego słodyczy nie skaziłyby wyrzuty. Odeszły tedy ku wielkiemu żalowi margrabiego, który pozostał sam na sam z panią de La Pommeraye.
PANI DE LA POMMERAYE: I cóż, margrabio! przyznaj, że jestem dobra? Znajdź mi w Paryżu drugą kobietę, która by uczyniła toż samo.