GOSPODYNI: Niebawem margrabia zjawił się u pani de La Pommeraye. „I cóż — rzekła — twoje nowe propozycje?”

MARGRABIA: Odrzucone. Jestem w rozpaczy. Chciałbym wydrzeć ze serca tę nieszczęśliwą namiętność; chciałbym wydrzeć sobie serce i nie mogę. Margrabino, spójrz na mnie; czy nie znajdujesz, że istnieją między tą młodą dziewczyną a mną niejakie rysy podobieństwa?

PANI DE LA POMMERAYE: Nie mówiłam ci o tym, ale uważałam. Ale nie o to chodzi: cóż postanawiasz?

MARGRABIA: Nie mogę zdobyć się na nic. Bierze mnie czasem ochota rzucić się w dyliżans pocztowy i pędzić przed siebie, póki ziemi starczy pod nogami; w chwilę potem siły mnie opuszczają, jestem zupełnie unicestwiony, w głowie mi się mąci; chodzę jak ogłupiały i nie wiem, co począć.

PANI DE LA POMMERAYE: Nie doradzam ci podróży; nie warto wybierać się w drogę, aby wrócić z najbliższej stacji.

Nazajutrz doniósł margrabinie, że wyjeżdża na wieś; zostanie tam, ile będzie mógł, i błaga, aby poparła u przyjaciółek jego sprawę, w razie gdyby nastręczyła się sposobność. Nieobecność była krótka: wrócił z postanowieniem małżeństwa.

KUBUŚ: Żal mi biednego margrabiego.

PAN: Mnie niezbyt.

GOSPODYNI: Zajechał prosto do pani de La Pommeraye, Nie było jej w domu. Wróciwszy, zastała margrabiego wyciągniętego w fotelu, z zamkniętymi oczami, pogrążonego w najgłębszej zadumie. „O, margrabio, już z powrotem? coś wieś nie na długo miała dla ciebie urok”.

— Nie — odparł — nie mogę znaleźć spokoju nigdzie. Wracam gotowy na największe głupstwo, jakie człowiek mego stanowiska, wieku i charakteru może popełnić. Ale ostatecznie lepiej jest ożenić się, niż cierpieć. Żenię się.