Opat zakonu posiadał dom przylegający do klasztoru. Dom ten miał dwoje drzwi; jedne wychodziły na ulicę, drugie na klasztor. Hudson dobrał się do zamków: opatówka słała się schronieniem jego uciech nocnych, a łóżko opata teatrem rozpusty. Późno w noc bramą od ulicy wprowadzał osobiście do pokojów opata kobiety wszelkich stanów: tam odbywały się rozkoszne kolacyjki. Hudson zasiadał często w konfesjonale i potrafił z grona penitentek sprowadzić na bezdroża wszystkie, które warte były trudu. W ich liczbie znajdowała się żona cukiernika z przedmieścia, głośna w dzielnicy z zalotności i wdzięków; Hudson, nie mogąc odwiedzać jej w domu, zamknął ją w swoim seraju. Wybryk ten ściągnął podejrzenie rodziców i małżonka: jakoż zjawili się u niego. Hudson przyjął ich z twarzą pomieszaną. Podczas gdy dobrzy ludziska wynurzali się ze swym zmartwieniem, ozwały się dzwony: była szósta z wieczora. Hudson nakazuje ręką milczenie, zdejmuje kapelusz, wstaje, czyni szeroki znak krzyża i odmawia tonem przejętym i skupionym: Angelus Domini nuntiavit Mariae... I oto ojciec i bracia pięknej cukierniczki zawstydzeni podejrzeniem powiadają na schodach do małżonka: „Mój synu, jesteś głupiec... Bracie, czy się nie wstydzisz? Człowiek, który tak odmawia Anioł Pański! święty po prostu!”.
Pewnego wieczora, w zimie, Hudson wracał do klasztoru; w drodze zaczepiła go jedna z owych istot, które polują na przechodniów. Wydała mu się ładna; poszedł za nią. Zaledwie przestąpił próg, zjawia się ront. Przygoda taka byłaby zgubiła innego; ale Hudson był człowiekiem z głową: przeciwnie, wydarzenie to zjednało mu życzliwość i poparcie urzędnika policji. Zaprowadzony przed jego oblicze, ozwał się w te słowa: „Nazywam się Hudson, jestem superiorem klasztoru. Kiedy objąłem moje stanowisko, wszystko było w rozprzężeniu; ani nauki, ani posłuchu, ani obyczajów; dobro duchowne zaniedbane do ostatecznych granic; uszczerbki w dobrach doczesnych groziły domowi ruiną. Doprowadziłem wszystko do ładu i rozkwitu. Ale i ja jestem człowiekiem: wolałem zwrócić się do istoty upadłej, niż pociągać do upadku kobietę uczciwą. Może pan mną rozrządzać teraz jak się panu spodoba”... Urzędnik zalecił mu więcej oględności na przyszłość, przyrzekł zachować w tajemnicy całą przygodę i objawił pragnienie poznania go bliżej.
Tymczasem nieprzyjaciele, którymi był otoczony, wysłali, każdy na własną rękę, do generała zakonu pisma wyłuszczające, z przytoczeniem szeregu faktów, złe prowadzenie się Hudsona. Generał był żansenistą, tym samym wielce uśmiechała mu się zemsta za prześladowanie, jakiego Hudson dopuszczał się poniekąd na jego współwyznawcach. Z wielką przyjemnością byłby rozciągnął zarzut skażenia obyczajów z jednego obrońcy bulli i licencji moralnych na całą sektę43. Wyprawił tedy tajemnie dwóch komisarzy, w których ręce złożył liczne memoriały o sprawkach Hudsona, z rozkazem sprawdzenia ich i stwierdzenia urzędowego. W prowadzeniu śledztwa zalecił im wszelako największą oględność jako jedyny sposób szybkiego położenia ręki na winnym i umknięcia go spod ochrony dworu i konsystorza w Mirepoix44, w oczach którego żansenizm był największą ze zbrodni, a poddanie się bulli Unigenitus45 pierwszą z cnót. Ryszard, mój sekretarz, był jednym z komisarzy.
Dwaj zakonnicy przybyli na miejsce, rozlokowali się w klasztorze Hudsona i zaczęli po cichu zasięgać języka. Niebawem zebrali listę mieszczącą więcej zbrodni niż potrzeba, aby zamknąć pięćdziesięciu mnichów in pace46. Pracowali długo, ale wzięli się do dzieła z taką ostrożnością, iż nic nie przeniknęło na zewnątrz. Hudson mimo całego sprytu zbliżał się do kresu zguby bez najmniejszej tego świadomości. Wszelako opieszałość nowo przybyłych w ubieganiu się o jego względy, tajemność ich pobytu, wycieczki ich to wspólne, to oddzielne, częste narady z zakonnikami, szczególne odwiedziny, jakie przyjmowali raz po raz, wszystko to obudziło w nim pewien niepokój. Zaczął ich śledzić, sam i przez swoich ludzi; niebawem przedmiot posłannictwa stał mu się jasnym. Nie stracił przytomności. Zatopił się głęboko w szukaniu sposobów: i to nie uniknięcia grożącej burzy, ale ściągnięcia jej na głowę samychże komisarzy. Oto niezwykła droga, jakiej się chwycił.
Hudson uwiódł był przed niedawnym czasem młodą dziewczynę i trzymał ją w ukryciu, w małym mieszkanku na przedmieściu św. Medarda. Biegnie do niej i odzywa się w te słowa: „Moje dziecko, wszystko odkryte, jesteśmy zgubieni; nim upłynie tydzień, znajdziesz się w więzieniu, a co ze mną będzie, sam nie wiem. Żadnej rozpaczy, żadnych krzyków; trzeba zebrać całą przytomność. Bądź posłuszna, zrób, co ci powiem, spraw się dobrze, a odpowiadam za resztę. Jutro wyjeżdżam na wieś. Podczas mej nieobecności zgłoś się do dwóch zakonników, których ci wskażę. — Tu podał nazwiska komisarzy. — Zażądaj tajemnej rozmowy. Skoro się znajdziesz z nimi sama, rzuć się im do kolan, błagaj o pomoc, o sprawiedliwość, o pośrednictwo u generała, u którego wiadomo ci rzekomo, iż posiadają wielkie wpływy. Płacz, szlochaj, wydzieraj sobie włosy, opowiedz całą naszą historię; a opowiedz w sposób zdolny ściągnąć całe współczucie ku sobie, a oburzenie na mnie”.
— Jak to, ojcze, mam powiedzieć...
— Tak, masz powiedzieć, kto jesteś, skąd pochodzisz; masz powiedzieć, że cię uwiodłem, korzystając ze zbliżenia przy konfesjonale, uprowadziłem z domu rodziców i ukryłem w tym oto mieszkanku. Powiedz, iż wydarłszy honor i popchnąwszy do zbrodni, rzuciłem cię na pastwę nędzy, powiedz, że nie wiesz, co począć.
— Ależ ojcze...
— Wykonaj ściśle, co każę, albo też bądź pewna swojej i mojej zguby. Owi zakonnicy niechybnie użalą się nad tobą, zapewnią o pomocy i zażądają drugiego spotkania, które przyjmiesz skwapliwie. Wywiedzą się o ciebie i twoją rodzinę, a ponieważ nie powiesz nic, co by nie było prawdą, nie będą mieli powodu cię podejrzewać. Po pierwszym i drugim widzeniu powiem, co wypadnie czynić za trzecim. Myśl tylko o tym, aby dobrze odegrać swą rolę.
Wszystko spełniło się, jak Hudson powiedział. Wyjechał w ponowną podróż. Komisarze uprzedzili o tym młodą dziewczynę; stawiła się w klasztorze. Zażądali ponownego opowiedzenia dziejów jej nieszczęścia. Podczas gdy opowiadała jednemu, drugi notował rzecz w swoich zapiskach. Wzdychali nad jej losem, powiadomili ją o rozpaczy rodziców, aż nadto prawdziwej, przyrzekli bezpieczeństwo osoby i rychłą pomstę na uwodzicielu; ale pod warunkiem, że podpisze swoje zeznania. To żądanie spotkało się zrazu z oporem; wreszcie pod wpływem nalegań zgodziła się. Chodziło tylko o dzień, godzinę i miejsce sporządzenia aktu, co wymagało czasu i swobody... „Tu, w klasztorze, niemożebne; gdyby przeor powrócił... gdyby mnie zastał... U mnie, nie śmiałabym ojców zapraszać...” Rozstali się wreszcie, zostawiając sobie wzajem nieco czasu dla usunięcia tych trudności.