Tegoż jeszcze dnia Hudson otrzymał raport o biegu zdarzeń. Radość jego nie miała granic: oto zbliża się chwila tryumfu! niebawem nauczy tych żółtodzióbów, z jakim człowiekiem mają do czynienia. „Biecz pióro — rzekł do dziewczyny — i naznacz schadzkę w miejscu, które ci wskażę. Będzie im po myśli, możesz być pewna. Dom jest uczciwy, a kobieta, która go zajmuje cieszy się w sąsiedztwie i u współmieszkańców najlepszą sławą”.
Trzeba wiedzieć, iż ta kobieta była jedną z owych przebiegłych intrygantek, które pod płaszczykiem dewocji wślizgują się w najlepsze domy i słodkim, życzliwym a obleśnym obejściem zdobywają sobie zaufanie matek i córek, aby je przywieść do zguby. Hudson posługiwał się nią często w tym celu; była to jego najlepsza agentka. Czy wtajemniczył damę w swoje zamiary, nie wiem.
Wysłannicy generała zgodzili się na miejsce schadzki i w umówionej porze spotkali się z młodą dziewczyną. Gospodyni usuwa się dyskretnie. Zaczyna się omawianie protokółu, kiedy w domu rozlega się hałas.
— Czego szukacie panowie? — Szukamy imć pani Simion. (Było to nazwisko intrygantki). — Oto drzwi jej pomieszkania.
Rozlega się gwałtowne pukanie. „Panowie — rzecze młoda dziewczyna do zakonników — czy mam się odezwać?”
— Odezwij się.
— Mamż otworzyć?
— Otwórz...
Człowiek dobijający się do drzwi był to komisarz, z którym Hudson żył za pan brat, kogóż on bowiem nie znał! Zwierzył mu się z niebezpieczeństwa i podyktował rolę. „Ho, ho — rzekł komisarz wchodząc — dwaj zakonnicy w miłym sam na sam z dzieweczką! Na honor, wcale przystojna”. Młoda dziewczyna była tak nieskromnie ubrana, iż niepodobieństwem było omylić się co do jej rzemiosła i rodzaju stosunków jakie, mogły ją łączyć z dwoma mnichami, z których starszy nie miał trzydziestu lat. Ci poczęli się zaklinać o swojej niewinności. Komisarz podśmiechiwał się, głaszcząc pod brodę dziewczynę, która rzuciła mu się do nóg błagając zmiłowania. „Jesteśmy w uczciwym domu”, mówili zakonnicy.
— Tak, tak, w uczciwym domu — powtarzał komisarz.