— Przybyliśmy dla ważnej sprawy.
— Znamy te ważne sprawy, dla których się tu przychodzi. Panienko, proszę mówić.
— Panie komisarzu, ci panowie powiadają szczerą prawdę.
Komisarz zabrał się z kolei do protokołu; ponieważ zawierał jedynie proste zestawienie faktów, mnichy zmuszone były podpisać. Tymczasem mieszkańcy domu wylegli każdy przed swoje drzwi; u bramy zebrało się liczne zbiegowisko, otaczające dorożkę i gwardzistów. Wśród gwaru padających wyzwisk i obelg wsadzono mnichów do dorożki. Ukryli twarze w płaszczach, płacząc ze wstydu i rozpaczy. Przewrotny komisarz wykrzykiwał: „I po cóż, moi ojcowie, uczęszczać do takich domów, po co wdawać się z tymi istotami! Ale upiecze się wam; mam rozkaz policji oddać was w ręce superiora, który jest zacnym i ludzkim człowiekiem, nie będzie przykładał do tego więcej wagi niż warto. Nie sądzę, aby w waszych klasztorach uciekano się do takich środków, jak u tych barbarzyńskich kapucynów. Gdybyście mieli do czynienia z kapucynami, o, na honor, wtedy żal by mi was było”.
Gdy tak komisarz przemawiał, wehikuł zbliżał się do klasztoru; ciżba ludu rosła, otaczała dorożkę, biegła przed nią, za nią, ile nogi mogły nadążyć. Słyszano na wszystkie strony: „Cóż to takiego?... To mnichy... Co zrobili?... Przyłapano ich u dziewcząt... Premonstranci u dziewcząt!... Ano tak: wstępują w ślady karmelitów i franciszkanów...” Wreszcie przybyli. Komisarz wysiada, puka do drzwi raz, drugi, trzeci; w końcu otwierają. Posyła uwiadomić superiora Hudsona, który każe na siebie czekać przynajmniej pół godziny, aby dać zgorszeniu pełną okazałość. Zjawia się wreszcie. Komisarz szepce mu do ucha; wygląda tak, jakby komisarz coś przedkładał, Hudson zaś szorstko odrzucał prośbę. W końcu przybierając twarz surową i głos stanowczy, ojciec superior rzekł: „Nie ma rozwiązłych zakonników w moim domu; to jacyś dwaj obcy ludzie, może przebrani oszuści; nie znam ich: czyń pan z nimi, co mu się podoba”.
Na te słowa brama się zamyka; komisarz wraca do pojazdu i powiada nieborakom na wpół żywym ze wzruszenia: „Zrobiłem, co mogłem; nigdy bym nie przypuszczał, aby ojciec Hudson był taki twardy. Ale też po kiego licha włóczyć się po dziewczętach?”.
— Jeśli ta, z którą nas pan zastałeś, jest istotnie osobą złego prowadzenia, z pewnością nie chęć rozpusty zawiodła nas do niej.
— Och, och, moi ojcaszkowie, staremu komisarzowi mówicie takie rzeczy! Któż wy jesteście?
— Jesteśmy zakonnicy; mamy pełne prawo do sukni, jaką nosimy.
— Pomyślcie, że jutro wasza sprawa musi się wyjaśnić; mówcie prawdę: mógłbym wam może w czym usłużyć.