— Powiedzieliśmy prawdę... Ale gdzie my jedziemy?

— Do Châtelet.

— Jak to! do więzienia?

— Bardzo na tym boleję.

Tam to w istocie pomieszczono Ryszarda i jego towarzysza; ale nie było zamiarem Hudsona dać im tam pozostać. Wsiada w dyliżans pocztowy, przybywa do Wersalu; mówi z ministrem; przedstawia sprawę tak, jak mu było na rękę. „Oto, Ekscelencjo, na co się jest narażonym, kiedy się przeprowadza reformy w rozprzężonym zakonie i wypędza zeń heretyków. Chwila później, a byłbym zgubiony, zbezczeszczony. Prześladowanie nie ustanie na tym; usłyszy Ekscelencja wszystkie ohydy, jakimi zawiść zdoła obrzucić uczciwego człowieka; ale mam nadzieję, Jego Wielebność zechce pamiętać, że nasz generał...”

— Wiem, wiem i współczuję z panem. Usługi, jakie pan oddał Kościołowi i swemu zakonowi nie będą zapomniane. Wybrańcy Pańscy byli we wszech czasach wystawieni na prześladowania: umieli je ścierpieć; trzeba naśladować ich męstwo. Licz pan na łaskę i poparcie króla. Ach, mnichy! mnichy! jadłem ich chleb i wiem z doświadczenia, do czego są zdolni.

— Gdyby szczęście Kościoła i Państwa zechciało, aby Wasza Eminencja mnie przeżyła, wytrwałbym bez obawy.

— Nie omieszkam pana wydobyć z kłopotu. Bądź spokojny.

— Nie, Eminencjo, nie oddalę się bez doraźnego rozkazu uwalniającego tych dwóch zbłąkanych zakonników.

— Widzę, że część religii i twojej sukni przenika cię aż do zapomnienia uraz osobistych; to iście po chrześcijańsku; buduje mnie to, aczkolwiek nie dziwi u człowieka takiego jak pan. Postaram się, by sprawa nie miała rozgłosu.