— Ho, ho! już ja wiem, co w trawie piszczy: wierz mi, chrześniaczku, to rączka Justysi; musiał wstąpić do niej i albo jej nie zastał, albo też zastał z innym: te dąsy na butelkę, to nie jest rzecz naturalna, ja ci to powiadam.
JA: Hm, może pan i trafił.
BYK SYN: Jakubie, dość tych żartów; trafił czy nie trafił, nie lubię tego.
BYK OJCIEC: Nie chcesz pić, to nie: nam to nie przeszkodzi. Twoje zdrowie, chrześniaczku.
JA: Za wasze, chrzestny ojcze; Byczku, przyjacielu, wypij z nami. Zanadto się sumujesz dla tak drobnej rzeczy.
BYK SYN: Powiedziałem już, że nie piję.
JA: I cóż? jeżeli ojciec zgadł, cóż u diaska, zobaczysz ją, porozumiecie się i przyznasz, że nie miałeś słuszności.
BYK OJCIEC: Ech, zostawże go; czyż nie godzi się, dalibóg, aby ta ladaco ukarała go za strapienie, jakiego mi przysparza? No, jeszcze łyk i przejdźmy do twojej sprawy. Domyślam się, że chodzi o to, abym cię odprowadził do ojca; ale co ja mu powiem?
JA: Co pan zechce; wszystko to, co pan słyszał od niego sto razy, ilekroć przyprowadzał tutaj pańskiego syna.
BYK OJCIEC: Chodźmy...