KUBUŚ: Była może warta więcej dla kogo innego, w innym dniu: każda chwila ma swoją cenę.
W jakiś czas potem pani Małgorzata (była to żona drugiego kpiarza) miała zboże do zmielenia i nie miała czasu iść do młyna; przyszła prosić mego ojca, aby pozwolił jednemu z synów ją wyręczyć. Ponieważ byłem najroślejszy, nie wątpiła, iż wybór padnie na mnie, co się też stało. Pani Małgorzata wychodzi; ja za nią; ładuję worek na osła i prowadzę go sam do młyna. Zboże zmielono i oto wracamy do domu, osioł i ja dość smutno, ponieważ myślałem, że wrócę z kwitkiem za swoje trudy. Myliłem się. Pomiędzy wsią a młynem znajdował się mały lasek; tam ujrzałem panią Małgorzatę siedzącą na kraju drogi. Zaczynało się zmierzchać. „Kubusiu — rzecze — jesteś wreszcie! Czy wiesz, że już całą śmiertelną godzinę czekam na ciebie?”...
Czytelniku, jesteś zanadto skrupulatny. Zgoda: „śmiertelna godzina” jest dla pań z miasta; „dobra godzina” dla pani Małgorzaty.
KUBUŚ: Ano było mało wody, młyn szedł powoli, młynarz był pijany i choć śpieszyłem, jak mogłem, nie mogłem być gotów wcześniej.
MAŁGORZATA: Usiądźże tu obok i pogwarzmy trochę...
KUBUŚ: Z miłą chęcią, pani Małgosiu...
I oto zasiadam koło niej, aby gwarzyć, milczymy wszelako oboje uparcie. Powiadam tedy: „Ale, pani Małgorzato, pani nic nie mówi”.
MAŁGORZATA: Tak sobie myślałam o tym, co mąż mi powiedział o tobie.
KUBUŚ: Niech pani nic nie wierzy; to figlarz.
MAŁGORZATA: Przysięgał mi, że ty się nigdy nie kochałeś.