KUBUŚ: Tamta się nie złapała, chciałem, aby się ta złapała. Na tę odpowiedź jejmość Małgorzata zaczęła śmiać się i chichotać bez końca; ja, niby ogłupiały, pytam, co w tym widzi tak śmiesznego. Jejmość Małgorzata rzekła, iż śmieje się z mej naiwności. „Jak to! ty, taki dryblas, w istocie nie wiedziałbyś nic więcej?”
— Nie, pani Małgorzato.
Pani Małgorzata umilkła i ja także. „Ale, pani Małgorzato — rzekłem — usiedliśmy, aby gwarzyć i jakoś nam nie idzie. Pani Małgorzato, co pani jest? pani nad czymś myśli...”
MAŁGORZATA: Tak, myślę... myślę... myślę...
I gdy wymawiała owe „myślę”, pierś jej wznosiła się, głos omdlewał, ciało drżało, oczy się przymknęły, usta wpół rozchyliły. Wydała głębokie westchnienie; omdlała, ja zaś udałem, iż myślę, że umiera i zacząłem krzyczeć przerażony: „Pani Małgorzato! pani Małgorzato! proszę się odezwać; pani Małgorzato, czy pani niedobrze?”.
MAŁGORZATA: Nie, dziecko, zostaw mnie chwilę w spokoju... Nie wiem, co mi się stało... Tak jakoś przyszło nagle.
PAN: Kłamała.
KUBUŚ: Tak, kłamała.
MAŁGORZATA: Tak mi się coś marzyło.
KUBUŚ: Czy marzy się tak pani czasem w nocy, obok męża?