PAN: Przyznaję.
KUBUŚ: Zuzia miała czas pozbierać się; ja poprawiam ubranie, daję nogę; co się dalej stało, wiem od Zuzi. Mąż, widząc wikarego na stercie siana, zaczyna się śmiać. Wikary mówi: „Śmiej... się... śmiej... się... cie... mięgo głupi...” Mąż, idąc za jego radą, śmieje się do rozpuku i pyta, kto go tam posadził. Wikary: „Ze... ze... zesadź mnie na zie... zie... ziemię”. Mąż wybucha znowu śmiechem i pyta, jak się wziąć do tego. Wikary: „Tak... tak... ja... jak... wla... wla... wlazłem; wi... wi... widłami”. Do paralusza, masz słuszność; patrzcie, co to znaczy uczyć się łaciny!... Bierze widły, podstawia, wikary nawdziewa się na nie tak, jak ja go nawdziałem; mąż okręca go parę razy po spichrzu, intonując uroczystym falsetem coś w rodzaju psalmu, wikary zaś drze się: „Po... po... postaw mnie, gał... gał... gałganie; po... po... postawisz ty mnie, gał... gał... gałganie?”... A mąż: „Cóż byś pan na to, panie wikary, gdybym pana tak obniósł po całej wiosce? W życiu nie widzieli ludzie piękniejszej procesji”... Ale skończyło się na strachu, mąż postawił wreszcie wikarego na ziemi. Nie wiem, co on tam powiedział mężowi, Zuzia bowiem umknęła, dosłyszałem tylko: „Nie... nie... nieszczęśniku! po... po... po... podnosisz rę... rę... rękę na ka... ka... kapłana; wy... wy... wyklinam cię; bę... bę... będziesz po... po... potępiony”... Tak wołał mały człowieczek, mąż zaś pędził go przed sobą widłami. Ludzie zbiegają się ze wszystkich stron; ja przybiegam również; zaledwie mąż Zuzi zoczył mnie z daleka, zaczął wołać zamierzając się widłami: „Zbliż no się, zbliż”.
PAN: A Zuzia?
KUBUŚ: Wykręciła się.
PAN: Jak?
KUBUŚ: Doskonale; kobieta zawsze się wykręci, o ile nie przyłapano jej na gorącym uczynku... Z czego się pan śmieje?
PAN: Z tego, z czego zawsze będę się musiał śmiać, tak samo jak ty, ilekroć sobie przypomnę tego księżyka na widłach mężowskich.
KUBUŚ: Owóż w niedługi czas po tej przygodzie (doszła ona do uszu mego ojca, który uśmiał się również) zaciągnąłem się do wojska...
Po kilku chwilach milczenia czy też kaszlu Kubusia (powiadają jedni), lub też skoro obaj uśmiali się do syta (powiadają drudzy), pan, zwracając się do sługi, rzekł: „A historia twoich amorów?” — Kubuś potrząsnął głową i nie odpowiedział.
W jaki sposób człowiek rozumny, obyczajny, który chce uchodzić za filozofa, może szukać zabawy w opowiadaniu równie bezwstydnych bajeczek? — Po pierwsze, czytelniku, to nie bajeczki, to historia; kiedy opowiadam figielki Kubusia, nie czuję się bardziej winnym, a może mniej, niż Swetoniusz, kiedy wam przekazuje wyuzdania Tyberiusza. Pomimo to czytacie Swetoniusza i nie czynicie mu z tego żadnego zarzutu. Dlaczego nie marszczycie takoż brwi przy Katullu, Marcjalu, Horacym, Juwenalu, Petroniuszu, La Fontainie i tylu innych? Czemu nie powiadacie stoikowi Senece: „Na co nam wiedzieć plugastwa twego niewolnika ze zwierciadłem?”. Dlaczego jesteście pobłażliwi tylko względem zmarłych? Zastanówcie się nieco nad tą stronniczością, a ujrzycie, iż rodzi się z jakowejś zdrożnej zasady. Jeśliście niewinni, nie będziecie mnie czytać; jeśli jesteście zepsuci, będziecie czytać bez szkody. A wreszcie jeśli to, co powiadam, nie zadowala was, otwórzcie przedmowę Jana Baptysty Rousseau59, a znajdziecie tam moją obronę. Kto z was ośmieliłby się potępić Woltera, iż napisał swoją Prawiczkę60. Nikt. Macie zatem dwie miary dla sądzenia uczynków człowieka? Ale, powiadacie, Prawiczka Woltera jest arcydziełem! — Tym gorzej, tym więcej czytać ją będą. — A twój Kubuś jest jeno niedołężnym nizaniem zdarzeń, to prawdziwych, to wymyślonych, spisanych bez wdzięku i sklejonych bez ładu. — Tym lepiej, mniej tedy będą czytać mego Kubusia. W którąkolwiek stronę się obrócisz, nigdzie nie masz słuszności. Jeżeli mój utwór jest dobry, sprawi ci przyjemność; jeśli zły, nie wyrządzi szkody. Nie masz niewinniejszej książki niż książka licha. Ot, spisuję sobie dla rozrywki, pod przybranymi imionami, własne wasze błazeństwa; wasze głupstwa mnie śmieszą, was zaś moja książka złości. Czytelniku, jeśli mam rzec szczerze, uważam, że w tym wypadku nie ja z nas obu odgrywam brzydszą rolę. Jakżeż byłbym szczęśliwy, gdyby mnie równie łatwo było ubezpieczyć się od twego łajdactwa, jak tobie od nudy i niebezpieczeństwa mej książki! Obłudniki przebrzydłe, odczepcie się ode mnie! Ob...iajcie61 sobie jak dzikie osły; ale pozwólcie, bym nazwał rzecz: ob...iać; ja wam odpuszczam uczynki, wy odpuście słowo. Wymawiacie śmiało: zabijać, kraść, zdradzać, a tego nie śmiecie inaczej jak tylko półgębkiem! Zali, im mniej wydzielacie onych rzekomych nieczystości w słowach, tym więcej zostaje wam w myśli? I cóż wam zrobiła czynność rozrodcza, tak naturalna, potrzebna i sprawiedliwa, aby wykluczyć jej miano z waszych rozmów i wyobrażać sobie, iż pokalałaby wasze usta, oczy i uszy? Doskonałe! Wyrażenia najmniej używane, najrzadziej pisane, najściślej przemilczanej to te właśnie, które najlepiej są wiadome i najpowszechniej znane; toteż wyraz obł... nie mniej jest wam poufały jak słowo chleb; żaden wiek nie jest go nieświadom, żadne narzecze nie jest go pozbawione: ma tysiąc synonimów w każdym języku, wciska się w każdy bez słów, bez głosu, bez znaku; ta zaś płeć, która praktykuje go najwięcej, najtroskliwiej zwykła go przemilczać. Słyszę znowu, jak wykrzykujecie: „Pfe, cynik! pfe, bezwstydnik! pfe, sofista!...” Śmiało, lżyjcie do syta czcigodnego autora, którego macie bez ustanku w rękach i którego jestem tu jeno tłumaczem. Swoboda stylu jest mi niemal zakładem czystości jego obyczajów; to Montaigne. Lasciva est nobis pagina, vita proba62.