KUBUŚ: Przy życzliwości, jaka pana zewsząd otaczała, pańskie pięćdziesiąt ludwików nie musiało trwać długo.

PAN: Nie. Po upływie tygodnia udaliśmy się do pana Le Brun zobaczyć, co nam przyniosła reszta fantów.

KUBUŚ: Nic albo bardzo mało. Le Brun był strapiony, miotał się na Mervala i dygającą damę, nazywał ich łajdakami, bezecnikami, oszustami, poprzysiągł, iż odtąd nic z nimi nie chce mieć do czynienia i wręczył panu siedemset do ośmiuset franków.

PAN: Koło tego: osiemset siedemdziesiąt.

KUBUŚ: Zatem, jeżeli umiem trochę rachować, osiemset siedemdziesiąt franków pana Le Brun, pięćdziesiąt ludwików Mervala i Fourgeota, kolia, bransoletki i pierścionek, no, liczmy jeszcze pięćdziesiąt ludwików, oto coś pan uzyskał za swoje dziewiętnaście tysięcy siedemset siedemdziesiąt i pięć funtów w towarach. U diabła, to wspaniale! Merval miał słuszność, nie co dzień ma się do czynienia z równie godnymi ludźmi.

PAN: Zapominasz o koronkowych mankietkach wziętych przez kawalera w cenie kosztu.

KUBUŚ: Bo też kawaler nigdy już o nich nie wspomniał.

PAN: Przyznaję. A złote puzderko i zegarek zastawione przez imć Mateusza, za nic ich nie rachujesz?

KUBUŚ: Bo nie wiem, jak rachować...

PAN: Tymczasem termin płatności nadszedł.