KUBUŚ: Wiem komu.

PAN: Komuż?

KUBUŚ: Dygającej pani, pani Bridoie.

PAN: W istocie. Wraz z parą naramienników i kolią wziąłem jeszcze ładny pierścionek i puzderko na muszki okładane złotem. Miałem pięćdziesiąt ludwików w kieszeni i obaj z kawalerem byliśmy w świetnych humorach.

KUBUŚ: Dotąd idzie wszystko jak najlepiej. Jest tylko jedna rzecz, która mnie intryguje: to bezinteresowność imć pana Le Brun; czyżby nie miał żadnego udziału w łupach?

PAN: Żartujesz widzę Kubusiu; nie znasz jeszcze pana Le Brun. Ofiarowałem się nagrodzić jego usługi. Pogniewał się; odrzekł, iż biorę go widocznie za jakiegoś Mateusza de Fourgeot i że nigdy nie wyciągał ręki. „Oto drogi Le Brun — wykrzyknął kawaler — zawsze ten sam; ale wstyd by nam było, gdyby miał się okazać szlachetniejszym od nas...” To mówiąc, wybrał z towarów dwa tuziny chusteczek, sztukę muślinu i ofiarował mu je w moim imieniu dla żony i córki. Le Brun zaczął przyglądać się chustkom, które zdały mu się tak piękne, muślinowi, który okazał się tak delikatnym, sposób ofiary był tak uprzejmy i serdeczny, miał tak bliską sposobność odwzajemnienia się nam sprzedażą przedmiotów, które pozostały w jego rękach, iż dał się przekonać. Ruszamy w drogę, pędząc, ile tchu dorożkarskiego konia ku mieszkaniu tej, którą kochałem i dla której była przeznaczona kolia, naramienniki i pierścionki. Podarek usposobił moją panią jak najlepiej. Przyjęła mnie uroczo. Zaczęło się przymierzanie kolii i naramienników; pierścionek zdawał się robiony na miarę paluszka. Siedliśmy do wieczerzy, która, jak możesz sobie wyobrazić, odbyła się wesoło.

KUBUŚ: I spędził pan noc u niej?...

PAN: Nie.

KUBUŚ: Zatem kawaler...?

PAN: Tak sądzę.