— Oczywiście — odparłem.
— W takim razie — rzekła — jest panu wszystko jedno, czy pan wystawi zwyczajny skrypt, czy też weksle.
Słysząc słowo „weksle” mimo woli pobladłem. Kawaler spostrzegł to i rzekł do pani Bridoie: „Weksle! zastanów się pani! ależ weksle pójdą w obieg i któż wie, w jakie ręce mogą się dostać!”.
„Żartuje pan chyba, panie kawalerze; znamy się na względach należnych osobie tego stanowiska...” I znowuż dyg... Dobywa portfel z kieszeni; odczytuje mnóstwo imion wszelakiej godności i stanu. Kawaler nachyla się do mnie i powiada: „Hm, weksle! to rzecz diabelnie poważna! Zastanów się dobrze. Kobieta zdaje się uczciwa, a wreszcie nim przyjdzie termin, ty albo ja wytrzaśniemy skądś pieniądze”.
KUBUŚ: I podpisał pan weksle?
PAN: Jakbyś wiedział.
KUBUŚ: Jest obyczajem ojców, kiedy wyprawiają synów do stolicy, palić im małe kazanie: „Nie wdawajcie się w złe towarzystwa, starajcie się zjednać względy przełożonych ścisłym wypełnianiem obowiązków; unikajcie dziewcząt lichego prowadzenia, podejrzanych przyjaciół, a zwłaszcza, zwłaszcza nie podpisujcie nigdy weksli”.
PAN: Cóż chcesz, zrobiłem jak drudzy; pierwszą rzeczą, o której zapomniałem, było kazanie ojca. Otóż i jestem posiadaczem licznych towarów na sprzedaż: pozostaje zamienić je na walutę. Było tam wśród tych rupieci kilka par mankietków koronkowych, bardzo pięknych: kawaler zagarnął je po cenie kosztu, mówiąc: „Otoś się pozbył części nabytku i to bez żadnej straty. Mateusz de Fourgeot przejął zegarek i dwa złote puzderka, za które miał mi w tej chwili przynieść należność; Le Brun wziął resztę na skład do siebie. Ja schowałem do kieszeni wspaniałą kolię wraz z naramiennikami; był to jeden z kwiatów bukietu, który miałem ofiarować. Mateusz de Fourgeot wrócił w mgnieniu oka z sześćdziesięcioma ludwikami: zatrzymał dziesięć dla siebie, ja otrzymałem pozostałe pięćdziesiąt. Powiedział, że nie sprzedał zegarka ani puzderek, ale oddał je w zastaw.
KUBUŚ: W zastaw?
PAN: Tak.