MERVAL: Nie; ale znam kobietę, która ich dostarczy; zacna, uczciwa kobieta.
LE BRUN: Tak, rupieci, które wpakuje nam na wagę złota, a za które nic nie dostaniemy.
MERVAL: Wcale nie, same bogate materie, klejnoty w złocie i srebrze, jedwabie wszelakiego rodzaju, perły, drogie kamienie; bardzo niewiele przyjdzie stracić. To dobra osoba, chętnie zadowala się małym, byleby miała pewność; towar ten nabyła okazyjnie i kosztuje ją bardzo tanio. Zresztą zobaczcie sami, obejrzeć nic nie kosztuje...
Przedkładam Mervalowi i kawalerowi, że handel nie jest moim rzemiosłem; i że gdyby nawet nie sam wstręt, położenie moje nie zostawia mi czasu na skorzystanie z takiego sposobu. Usłużny Le Brun i Mateusz de Fourgeot rzekli jednogłośnie: „To najmniejsza, sprzedamy za pana, to sprawa kilku godzin”... Naznaczono schadzkę na popołudniu w domu pana de Merval, który klepiąc mnie przyjaźnie po ramieniu, rzekł namaszczonym i poważnym tonem: „Panie, jestem szczęśliwy, że mogłem mu dopomóc; ale wierz mi pan, unikaj tego rodzaju pożyczek; w końcu prowadzą do ruiny. Nie zawsze zdarzy się panu mieć do czynienia z tak uczciwymi ludźmi, jak panowie Le Brun i Mateusz de Fourgeot”.
Le Brun i Fourgeot de Mateusz, czy też Mateusz de Fourgeot, podziękowali ukłonem za uznanie, mówiąc, iż starali się po dziś dzień uprawiać swe skromne rzemiosło z całą sumiennością i nie ma za co ich chwalić.
MERVAL: Mylicie się, panowie; u kogo dzisiaj można znaleźć sumienie? Spytajcie pana kawalera de Saint-Ouin: musi wiedzieć o tym cośkolwiek...
Wychodzimy od Mervala, który pyta jeszcze ze schodów, czy może liczyć na nas i uprzedzić kupczynię. Odpowiadamy, że tak; aby skrócić godziny czekania, idziemy wszyscy czterej zjeść obiad do sąsiedniej gospody.
Dyspozycją obiadu zajął się Mateusz de Fourgeot; zamówił suty. Przy deserze zbliżyły się do stołu dwie dziewuszki grające na gęśli; Le Brun zaprosił je, by usiadły. Dało się im pić, rozgadało je, kazało grać. Podczas gdy moi trzej towarzysze zabawiali się z jedną, miętosząc jej spódniczki, towarzyszka jej, która siedziała przy mnie, rzekła po cichu: „Panie, dostał się pan w bardzo liche towarzystwo: nie ma wśród tych ludzi ani jednego, który by nie był zapisany w czerwonej książce78”.
Opuściliśmy gospodę o wskazanej godzinie i udaliśmy się do Mervala. Zapomniałem powiedzieć, iż obiad ten wyczerpał sakiewkę kawalera i moją. W drodze Le Brun rzekł kawalerowi, który znów powtórzył mnie, że Mateusz de Fourgeot żąda dziesięciu ludwików za pośrednictwo: mniej nie można mu ofiarować; zresztą jeśli dobrze go usposobimy, dostaniemy towary po tańszej cenie i odbijemy z łatwością tę kwotę na sprzedaży.
I oto znów jesteśmy u Mervala, gdzie kupczyni już czeka z towarem. Pani Bridoie (to jej miano), obsypawszy nas grzecznościami i ukłonami, rozłożyła materie, płótna, koronki, pierścionki diamenty, złote puzderka. Wzięliśmy po trosze wszystkiego. Le Brun, Mateusz de Fourgeot i kawaler oznaczali cenę, Merval prowadził pióro. Całość urosła do dziewiętnastu tysięcy siedmiuset siedemdziesięciu i pięciu funtów, na które miałem wystawić skrypt, kiedy pani Bridoie rzekła, składając dyg (nie zdarzyło jej się przemówić bez dygnięcia): „Proszę pana, czy pańskim zamiarem jest wykupić oblig w terminie?”.