KUBUŚ: Niech pan daruje, ale maszyna była nastawiona i musiała wykręcić się aż do końca.
PAN: Czy to już nastąpiło?
KUBUŚ: Nastąpiło.
PAN: Jednego dnia Desglands zaprosił na obiad piękną wdowę, jak również kilku młodych ludzi z sąsiedztwa. Panowanie Desglands’a miało się ku schyłkowi; pomiędzy zaś biesiadnikami znajdował się szczęśliwiec, ku któremu niestałość damy zaczynała się przechylać. Siedzieli przy stole; Desglands i jego rywal obok siebie, naprzeciw pięknej wdowy. Desglands przywoływał na pomoc cały swój dowcip, aby ożywić rozmowę; zwracał się ku wdowie z najbardziej dwornymi komplementami; ale ona, roztargniona, nie słyszała nic i oczy miała utkwione w jego rywala. Desglands trzymał w ręku świeże jajko; chwyta go konwulsyjny skurcz wywołany zazdrością, ściska pięść i oto jajko wyskoczyło ze skorupki i rozbryzgnęło się na twarzy sąsiada. Ten czyni wymowny ruch ręką. Desglands chwyta go za rękę, zatrzymuje i mówi do ucha: „Panie, wystarczy: uważaj że otrzymałem”... Zapada głęboka cisza; pięknej wdowie robi się słabo. Obiad był krótki i niewesoły. Gdy wstano od stołu, pani każe wołać Desglands’a i jego rywala do osobnej komnaty. Wszystko, co kobieta bez ujmy dla siebie mogła uczynić, aby ich pojednać, uczyniła; błagała, płakała, mdlała i to na dobre; ściskała ręce Desglands’a, odwracała oczy zalane łzami ku tamtemu. Mówiła jednemu: „I pan mnie kochasz!”... drugiemu: „I pan mnie kochałeś”... obydwom: „I wy chcecie mnie zgubić, chcecie mnie uczynić bajką całej okolicy, przedmiotem wzgardy i nienawiści! Wiedzcie, ktokolwiek z was wydrze życie przeciwnikowi, nie chcę widzieć go na oczy; nie może być ani moim przyjacielem, ani kochankiem; ślubuję mu nienawiść, która nie skończy się aż z życiem...” Następnie znowu popadła w omdlenie i mdlejąc, mówiła: „Okrutni, dobądźcie szpad i zatopcie je w mym łonie; jeśli wydając ostatnie tchnienie, ujrzę was obejmujących się uściskiem, skonam bez żalu”... Desglands i jego rywal stali nieruchomo albo też nieśli jej pomoc; parę łez dobyło się z ich oczu. Wszelako trzeba było się rozstać. Piękną wdowę na wpół żywą odwieziono do domu.
KUBUŚ: I cóż, panie, na cóż mi było portretu, którym mnie uraczyłeś? Czyż nie wiedziałbym w tej chwili wszystkiego, co mi pan o niej powiedział?
PAN: Nazajutrz Desglands złożył wizytę uroczej zmiennicy; zastał rywala. Jakież było zdziwienie obojga, gdy ujrzeli Desglands’a z policzkiem zakrytym wielkim kręgiem czarnej kitajki. „Co to takiego?” — rzekła wdowa.
DESGLANDS: To? nic.
RYWAL: Mała fluksja?
DESGLANDS: To przejdzie.
Po chwili rozmowy Desglands wyszedł; wychodząc, uczynił rywalowi znak; tamten zrozumiał. Schodzą, opuszczają dom, jeden jedną stroną ulicy, drugi drugą, spotykają się poza ogrodem pięknej wdowy, biją się; rywal Desglands’a zostaje na placu, ciężko, ale nie śmiertelnie zraniony. Podczas gdy go odnoszą do domu, Desglands wraca do wdowy, siada, rozmawiają jeszcze o wczorajszym wydarzeniu. Ona pyta, co znaczy ta ogromna i śmieszna muszka pokrywająca mu twarz. Wstaje, spogląda w lustro. „W istocie — powiada — uważam, iż jest nieco za duża...” Bierze nożyczki damy, odkleja krążek kitajki, uszczupla go dokoła o parę linij, przykleja z powrotem i powiada: „Jakże mnie pani znajduje obecnie?”.