KUBUŚ: Nie, panie, urodziłem się w swoim czasie, jak wszyscy.

PAN: Byłbyś niegdyś wielkim augurem.

KUBUŚ: Nie mam jasnego pojęcia, co to augur, ani też jestem tego ciekawy.

PAN: To jeden z ważnych rozdziałów twego traktatu o wróżbiarstwie.

KUBUŚ: To prawda; ale to już tak dawno, jak go napisałem, że nie pamiętam ani słowa. Ot, panie, patrz pan: oto, kto rozumie się na tym więcej niż wszystkie augury, gęsi fadydyczne i poświęcane kury rzeczypospolitej, to ten bukłaczek. Poradźmy się bukłaczka. — Kubuś ujął bukłaczek i radził się go dłuższy czas. Pan wydobył zegarek i tabakierkę, spojrzał na godzinę, zażył tabaki, sługa zaś rzekł — Zdaje mi się teraz, iż los przedstawia się mniej czarno. Powiedz pan, na czym stanąłem.

PAN: Jesteś w zamku Desglands’a, kolano nieco wydobrzało, a panna Dyzia ma z polecenia matki obowiązek pielęgnować cię.

KUBUŚ: Panna Dyzia była posłuszna. Rana niemal zupełnie się zasklepiła, mogłem był prawie tańczyć i skakać na chorej nodze, wszelako od czasu do czasu doświadczałem w niej niesłychanych boleści. Otóż wpadło do głowy chirurgowi zamkowemu, rozumiejącemu się na tym nieco więcej niż jego kolega, iż te tak uporczywie powracające bóle mogą mieć za przyczynę jedynie obecność ciała obcego, które po wydobyciu kuli pozostało w ranie. W następstwie tego rozumowania, zjawił się wczesnym rankiem, kazał przysunąć stół do mego łóżka i skoro rozsunięto firanki, ujrzałem ten stół, cały założony ostrymi narzędziami; Dyzię przy moim wezgłowiu płaczącą rzewnie; matkę stojącą opodal ze skrzyżowanymi rękami i miną dość smutną; chirurga bez zwierzchniego odzienia, z zakasanymi rękawami i prawą ręką uzbrojoną w ostry nóż.

PAN: Jestem przerażony.

KUBUŚ: Nie więcej ode mnie. „Przyjacielu — rzekł chirurg — czy ci już dojadły twoje cierpienia?”

— Bardzo dojadły.