— Czy chcesz, aby się to skończyło, a zarazem abyśmy uratowali nogę?

— Zapewne.

— Wysuń ją tedy z łóżka i pozwól zrobić, co trzeba.

Podaję nogę. Chirurg ujmuje rękojeść noża w zęby, bierze nogę pod lewe ramię, umocowuje silnie, ujmuje nóż, wprowadza ostrze do otworu rany i nacina głęboko i szeroko. Nie drgnąłem, ale Joanna odwróciła głowę, a Dyzia wydała ostry krzyk i zemdlała...

Tutaj Kubuś uczynił przerwę w opowiadaniu i wykonał nową rewizję bukłaczka. Rewizje te były tym energiczniejsze, im odległość była krótsza, czyli, jak mówią geometrzy, stały w odwrotnym stosunku do odległości. Miał tak dokładną miarę w gardle, iż bukłak, pełny gdy ruszali w drogę, zawsze był dokładnie opróżniony w chwili przybycia na miejsce. Panowie inżynierowie mogliby się nim posługiwać jako znakomitym odometrem88, każda zaś rewizja miała swoją wybornie usprawiedliwioną przyczynę. Tym razem miała na celu otrzeźwienie Dyzi z omdlenia i pokrzepienie się po bolesnym cięciu w kolano. Skoro Dyzia odzyskała przytomność i Kubuś sam się skrzepił, ciągnął dalej:

KUBUŚ: To ogromne cięcie odsłoniło dno rany, skąd chirurg dobył za pomocą szczypczyków maleńki kawałek sukna z pludrów, którego obecność była źródłem cierpień i przeszkodą do zupełnego zabliźnienia. Od tej operacji stan mój dzięki opiece Dyzi szedł ciągle ku lepszemu; żadnych bólów, żadnej gorączki; poprawa apetytu, snu, sił. Dyzia pielęgnowała mnie z troskliwością i delikatnością wprost niesłychaną. Trzeba było widzieć oględność i lekkość, z jaką zdejmowała opatrunek; baczność jej, aby mi oszczędzić najlżejszego cierpienia; sposób, w jaki przemywała ranę. Siadałem na kraju łóżka; ona przyklękała na jednym kolanie, noga moja wspierała się na jej udzie, które niekiedy przyciskałem odrobinę: rękę trzymałem na ramieniu zacnej dziewczyny i śledziłem jej ruchy ze wzruszeniem, które sądzę, iż podzielała. Skoro opatrunek był skończony, ujmowałem obie ręce Dyzi, dziękowałem, nie wiedziałem, co mówić, jak okazać mą wdzięczność; ona stała ze spuszczonymi oczami i słuchała, nie mówiąc słowa. Żaden kramarz nie zjawił się w pałacu, abym nie kupił jej jakiegoś podarku; to chusteczkę, to parę łokci cycu lub muślinu, krzyżyk złoty, pończochy bawełniane, pierścionek, naszyjnik z granatów. Kiedym załatwił się z małym sprawunkiem, dopieroż zaczynał się kłopot; dla mnie z ofiarowaniem, dla niej z przyjęciem. Najpierw pokazywałem nabytek; jeśli zyskał uznanie, mówiłem: „Panno Dyziu, dla pani kupiłem...”. Jeśli przyjęła, moja ręka drżała, gdym wręczał podarek, jej dłoń, gdy brała go z mojej. Jednego dnia nie wiedząc już, co ofiarować, kupiłem podwiązki; były jedwabne, w białe, czerwone i niebieskie prążki, z klamerką. Rano, nim jeszcze się zjawiła, powiesiłem je na grzbiecie krzesła stojącego przy łóżku. Zaledwie Dyzia je spostrzegła, zawołała: „Och! cóż za śliczne podwiązki!”.

— To dla mojej panny — odparłem.

— Pan ma swoją pannę, panie Kubusiu?

— Rozumie się; czy jeszcze nic pannie Dyzi nie mówiłem?

— Nie. Musi być bardzo miła, z pewnością...