— Bardzo.

— I bardzo ją pan kocha?

— Z całego serca.

— I ona pana tak samo?

— Żebym ja to wiedział! Te podwiązki są dla niej i przyrzekła mi jedną łaskę, której jeżeli dopełni, myślę, że po prostu oszaleję.

— Cóż to za łaska?

— Że jedną podwiązkę wolno mi będzie zapiąć własnymi rękami.

Panna Dyzia zaczerwieniła się, nie zrozumiała intencji, uwierzyła, iż podwiązki były dla innej; posmutniała, popełniała jedną niezręczność po drugiej, szukała po całym pokoju przyborów do opatrunku, miała je pod nosem, a nie widziała, ujęła moją nogę drżącą ręką, poplątała bandaże przy rozwiązywaniu i kiedy trzeba było zmywać ranę, zapomniała wszystkiego, co potrzebne; poszła szukać, wróciła, opatrzyła mnie. Gdy wiązała bandaże, zauważyłem, że płacze.

— Panno Dyziu — rzekłem — zdaje mi się, że panna płacze, co pannie?

— Nic.