Pewnego świątecznego dnia, gdy pan zamku był na polowaniu, reszta zaś domowników udała się na mszę do kościoła parafialnego oddalonego o dobre ćwierć mili, Kubuś, prawie zupełnie zdrów, siedział na fotelu, Dyzia zaś koło niego. Oboje milczeli: zdawali się dąsać na siebie i w istocie się dąsali. Kubuś poruszył niebo i ziemię, aby nakłonić Dyzię, by uczyniła go szczęśliwym, ale panna Dyzia była niewzruszona. Po długim milczeniu Kubuś płacząc gorącymi łzami, rzekł twardo i z goryczą: „Bo ty mnie nie kochasz...”. Dziewczyna, rozżalona, wstaje, bierze go za ramię, popycha gwałtownie na kraj łóżka, siada na nim i mówi: „Tak pan myśli, panie Kubusiu, nie kocham pana? Więc dobrze, panie Kubusiu, czyń pan z nieszczęśliwą Dyzią wszystko, co się panu podoba...”. To mówiąc, wybucha płaczem i aż dławi się od łkania.
Powiedz mi, czytelniku, co byłbyś uczynił na miejscu Kubusia? Nic. Otóż to samo uczynił i on. Posadził Dyzię z powrotem na krześle, rzucił się jej do nóg, otarł łzy płynące z oczu, ucałował ręce, pocieszył, upewnił, uwierzył, iż jest czule kochanym, i zdał na wolę jej miłości wybór chwili, w której spodoba się Dyzi nagrodzić jego uczucia. Postąpienie to nad wyraz rozczuliło Dyzię.
Zarzuci mi ktoś, iż Kubuś będąc u stóp Dyzi, nie mógł w żaden sposób obetrzeć jej oczu, chyba że krzesło było bardzo niskie. Rękopis nie powiada tego, ale można to przypuszczać.
Oto drugi paragraf skopiowany z życia Tristrama Shandy, o ile zresztą rozmowa Kubusia Fatalisty i jego pana nie jest wcześniejsza od tego dzieła i o ile pastor Sterne90 nie jest plagiatorem, czego wszelako nie przypuszczam. Mam szacunek bardzo osobliwy dla pana Sterne, zasługującego na wyróżnienie spomiędzy większości jego współziomków-autorów, których zwyczajem dość powszechnym jest okradać nas, mówiąc nam obelgi.
Innym razem (było to rano) Dyzia przyszła zmienić opatrunek Kubusiowi. Wszystko spało jeszcze w zamku, Dyzia zbliżyła się cała drżąca. Znalazłszy się pod drzwiami, zatrzymała się, niepewna czy wejść, czy nie. Weszła wreszcie, stała dobrą chwilę koło łóżka Kubusia, nie śmiąc rozchylić firanek. Rozchyliła je ostrożnie, powiedziała z drżeniem dzień dobry, z drżeniem zapytała go, jak spędził noc i jak się miewa; Kubuś odparł, że nie zmrużył oka, że cierpiał i teraz jeszcze cierpi okrutne swędzenie w kolanie. Dyzia ofiarowała się mu ulżyć, wzięła kawałek flaneli; Kubuś wystawił nogę, Dyzia zaczęła ją rozcierać flanelą poniżej rany, najpierw jednym palcem, potem dwoma, potem trzema, czterema, całą ręką. Kubuś patrzał tymczasem na nią upojony miłością. Następnie Dyzia zaczęła pocierać flanelą bliznę, jeszcze zaczerwienioną, najpierw jednym palcem, potem dwoma, trzema, czterema, w końcu całą ręką. Ale nie dosyć było uśmierzyć swędzenie poniżej kolana i w kolanie, trzeba było uśmierzyć je także ponad kolanem, gdzie dokuczało mu tym żywiej. Dyzia przyłożyła flanelkę powyżej kolana i zaczęła nacierać dość mocno, najpierw jednym palcem, potem dwoma, trzema, czterema, całą ręką. Namiętność Kubusia, który przez cały czas nie przestał się w nią wpatrywać, wzrosła do tego stopnia, iż nie mogąc się dłużej powstrzymać, chwyta Dionizę za rękę, kładzie ją...91
Otóż to, co następuje dalej nie pozostawia żadnej wątpliwości co do plagiatu. Plagiator dodaje: „Jeśli nie jesteś zadowolony z tego obrotu miłości Kubusia, czytelniku, zrób lepiej, zgadzam się. W jakikolwiek sposób weźmiesz się do rzeczy, pewien jestem, że skończysz jak ja. — Mylisz się, niegodziwy potwarco, nie skończę jak ty. Dioniza była uczciwa. — A któż powiada co innego? Kubuś chwyta ją za rękę i kładzie ją (niby tę rękę) sobie na ustach. To ty jesteś zepsuty do szpiku kości i domyślasz się tego, czego się nie mówi. — Jakże? zatem skończyło się tylko na ręce... — Oczywiście: Kubuś za wiele miał rozsądku, aby pokalać tę, z której chciał uczynić swoją żonę i zatruwać sobie nieufnością resztę życia. — Toć przecie wyraźnie czytaliśmy w poprzedzającym paragrafie, iż poruszył niebo i ziemię, aby skłonić Dyzię do ostatecznych ustępstw. — Widocznie nie miał jeszcze zamiaru poślubienia jej.
Trzeci paragraf ukazuje nam Kubusia, biednego Fatalistę, jak z żelazem na nogach i rękach, w głębi ciemnego więzienia, leży wyciągnięty na słomie, przyzywając na pomoc całą filozofię swego kapitana i skłonny już mniemać, iż niebawem przyjdzie mu może żałować tego wilgotnego, cuchnącego, ciemnego pomieszkania, gdzie żywność jego stanowił czarny chleb i woda i gdzie rękami i nogami musiał się bronić od napaści szczurów i myszy. Otóż dowiadujemy się, iż wśród tych jego dumań, wyważono bramy więzienia i jego celi, dobyto go na wolność wraz z tuzinem opryszków i zaciągnięto do armii Mandryna92. Tymczasem żandarmeria, która puściła się w tropy pana, dopadła go, ujęła i osadziła w innym znowuż więzieniu. Wydobywszy się stamtąd dzięki pomocy owego komisarza, który tak dzielnie przysłużył mu się w pierwszej przygodzie, wiódł od kilku miesięcy zaciszny żywot w zamku Desglands’a, kiedy szczęśliwy przypadek wrócił mu sługę, równie nieodzownego do szczęścia pana jak zegarek lub tabakierka. Ilekroć zdarzyło mu się zażyć niuch tabaki lub też spojrzeć na godzinę, za każdym razem rzekł z westchnieniem: „Co się z tobą stało, biedny Kubusiu!”... Jednej nocy, Mandryni napadają na zamek Desglands’a; Kubuś, który poznaje siedzibę swego dobroczyńcy i swej ukochanej, wstrzymuje zgraję opryszków i ratuje zamek od spustoszenia. Czytamy następnie patetyczny opis niespodzianego spotkania Kubusia, jego pana, Desglands’a, Dyzi i Joanny.
— To ty, chłopcze!
— To pan, drogi panie!
— Skądże się wziąłeś między tymi ludźmi?