— Doskonale! Pani kumo, puśćcie nogę, weźcie poduszkę i przysuńcie krzesło i połóżcie poduszkę na nie... Za blisko... trochę dalej... Mój przyjacielu, podaj mi rękę... ściśnij mocno. Pani kumo, obejdźcie no łóżko i chwyćcie go pod ramię... Wyśmienicie... Mój kumie, nie zostało tam co w butelce?

— Nie.

— Stańcie tu na miejsce żony, a ona niech pójdzie poszukać drugiej... Dobrze, dobrze, lejcie pełno... kobieto, zostawcie męża i chodźcie tu do mnie... — Gospodyni zawołała jeszcze raz któreś z dzieci. — Ech, do stu czartów, już wam powiedziałem, że dziecko na nic się tu nie zda. Klęknijże pani sobie, podłóż rękę, tu, pod łydkę... Ech, kumo, co wy tak drżycie, jakby was nieszczęście miało trafić; no, śmiało... Lewą podłożyć pod udo, tu, wyżej bandażu... Doskonale... — W mig przeciął nitki, odwinął bandaże, zdjął opatrunek i obnażył ranę. Chirurg obmacuje z góry, z dołu, z boku i ilekroć mnie dotknie powiada — Ignorant! osioł! cymbał! takiemu bawić się w chirurga! Taką nogę ucinać! Będziesz nią chodził nie gorzej niż tamtą, ja ci zaręczam.

— Wyleczę się?

— Nie takich wyleczyłem.

— Będę chodził?

— Będziesz.

— Nie kulejąc?

— To znowuż co innego; u diaska, mój przyjacielu, co ty masz za pretensje! Czy nie dosyć, że ci ocaliłem nogę? A zresztą, choćbyś nawet i kulał, to drobnostka. Czy lubisz tańczyć?

— Bardzo.