PAN: Mój koń!... Kubusiu, serce, nie gniewaj się: postaw się na miejscu mego konia, wyobraź sobie, że ciebie straciłem, i powiedz, czy nie ceniłbyś mnie tym więcej, słysząc jak wykrzykuję: „mój biedny Kubuś!”?
Kubuś uśmiechnął się i rzekł: „Stanęliśmy, o ile pamiętam, na rozmowie gospodarza z żoną, w ową noc po pierwszym opatrunku. Zasnąłem trochę. Gospodarz i jego małżonka wstali nieco później niż zwykle”.
PAN: Bardzo wierzę.
KUBUŚ: Obudziwszy się, rozsunąłem pomału firanki i ujrzałem gospodarza, żonę i chirurga w tajemniczej konferencji na progu. Po tym, co słyszałem w ciągu nocy, nie trudno było domyślić się treści. Chrząknąłem. Chirurg rzekł: „Obudził się; zejdźcie no, kumie, do piwnicy, golniemy łyczek; to daje dziwną pewność ręki. Zdejmę następnie opatrunek i pogadamy o reszcie”.
Skoro przyniesiono i wypróżniono butelkę, bowiem wedle terminów sztuki golnąć łyczek znaczy wypróżnić co najmniej jedną butelkę, chirurg zbliżył się do łóżka i rzekł; „Jakąż mieliśmy noc?”
— Niezłą.
— Proszę rękę... Dobrze, dobrze, puls wcale niezgorszy, gorączki prawie że już nie ma. Trzeba zobaczyć kolano... Dalej, gosposiu — rzekł do gospodyni, która stała w nogach łóżka za firanką — pomóżcie nam... — Gospodyni zawołała na któreś z dzieci. — Nie dziecko nam tutaj potrzebne, ale wy sami; jeden fałszywy ruch przysporzyłby roboty na miesiąc. Zbliżcież się, pani kumo. — Gospodyni zbliżyła się ze spuszczonymi oczyma. — Weźcież nogę, tę zdrową, ja biorę na siebie drugą. Powoli, powoli... Tak, ku mnie, jeszcze troszeczkę ku mnie... Mój przyjacielu, wykręć no troszeczkę na prawo... o tak... jesteśmy w domu...
Trzymałem się oburącz siennika, zgrzytałem zębami, pot ściekał mi po twarzy.
— Mój przyjacielu, to nie zabawa.
— Czuję to.