KUBUŚ: To nie tak łatwo. Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, według których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów rzeczy, jak są!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całym dużym mieście. A ten, który słucha, czy pod tym względem w lepszym jest położeniu od tego, który mówi? Nie. Z czego niezbicie wynika, iż może ledwie dwa razy w ciągu dnia w całym wielkim mieście rozumie się czyjeś słowa długo tak, jak były mówione.
PAN: Cóż, u diabła. Kubusiu, toć to są maksymy zdolne obrzydzić ludziom użytek języka i uszu! To by nie można nic mówić, niczego słuchać i niczemu wierzyć! Na razie mów jako ty, ja będę słuchał jako ja i będę wierzył, ile potrafię.
KUBUŚ: Drogi panie, życie upływa na samych qui pro quo22. Są qui pro quo miłości, qui pro quo przyjaźni, qui pro quo polityki, finansów, kościoła, urzędu, handlu, żon, mężów...
PAN: Ech! dajże pokój tym qui pro quo i staraj się zrozumieć, że trudno o grubsze qui pro quo, niż puszczać się w dziedzinę morału, wówczas gdy chodzi o fakt historyczny. A zatem, historia kapitana?...
KUBUŚ: Jeżeli prawie wszystkie słowa wasze wykładają ludzie fałszywie, gorzej jest, iż prawie wszystkie nasze uczynki sądzą też opacznie.
PAN: Nie ma chyba pod słońcem głowy, w której by się tłukło tyle paradoksów, co w twojej.
KUBUŚ: Cóż w tym złego? Paradoks nie zawsze jest fałszem.
PAN: To prawda.
KUBUŚ: Przejeżdżaliśmy przez Orlean: niby kapitan i ja. Całe miasto gada jeno o przygodzie, jaka świeżo zdarzyła się pewnemu obywatelowi nazwiskiem Le Pelletier. Był to człowiek przepełniony tak głębokim współczuciem dla nieszczęśliwych, iż przez nieumiarkowane jałmużny uszczupliwszy majątek swój, dość znaczny, do najskromniejszych resztek, chodził od drzwi do drzwi, szukając w cudzej sakiewce pomocy dla bliźnich, której nie był już zdolny zaczerpnąć we własnej.
PAN: I myślisz, że mogły być dwa zdania co do postępowania tego człowieka?