PAN: A kiedy się śmiejesz?

KUBUŚ: Również myślę, że jestem głupcem; mimo to nie mogę się powstrzymać od płaczu i od śmiechu; to mnie doprowadza do wściekłości. Sto razy próbowałem... Nie zmrużyłem oka przez całą noc...

PAN: Nie, nie, powiedz, co próbowałeś.

KUBUŚ: Kpić sobie ze wszystkiego. Ach, gdybym potrafił!

PAN: Na cóż by się to zdało?

KUBUŚ: Aby mnie uwolnić od trosk, wyzuć z wszelkich potrzeb, uczynić w zupełności panem samego siebie i sprawić, bym się jednako dobrze czuł z głową opartą o kamień przydrożny jak na puchowej poduszce. Taki bywam niekiedy; ale diabelstwo jest w tym, że to nie jest trwałe. W wielkich okazjach mogę być twardy i oporny jak skała, a zdarzy się często, że mała przeciwność, drobiazg, wyważy mnie z trybów; to można się po gębie bić ze złości! Dałem za wygraną; namyśliłem się zostać, jakim jestem, i przekonałem się, zastanawiając się trochę, że to wychodzi prawie na jedno, zwłaszcza jeżeli się doda: „Cóż na tym zależy, jakim jestem”. Jest to rezygnacja innego typu, łatwiejsza i wygodniejsza.

PAN: Że wygodniejsza, to pewna.

KUBUŚ: Wczesnym rankiem chirurg rozsunął firanki i rzekł:

— No, młody przyjacielu, pokaż kolano; trzeba mi bowiem w daleką drogę.

— Doktorze — rzekłem boleściwym tonem — spać mi się chce.