KUBUŚ: Albo i nie przyjdzie.
Już cię słyszę, czytelniku: oto, powiadasz, właściwe rozwiązanie Dobroczynnego gbura29. Tak i mnie się zdaje. Gdybym ja był autorem sztuki, wprowadziłbym figurę, którą by wzięto za epizodyczną, a która by nią nie była zgoła. Człowiek ten ukazywałby się od czasu do czasu i zjawienie się jego byłoby zawsze usprawiedliwione. Pierwszy raz przyszedłby prosić zmiłowania; ale obawa złego przyjęcia kazałaby mu się cofnąć przed przybyciem Geronta. Naglony obecnością komorników, zebrałby się po raz drugi na odwagę; ale Geront nie zechciałby go widzieć na oczy. Wreszcie wprowadziłbym go przy końcu, gdzie odegrałby wiernie rolę owego chłopka z oberżystą; miałby jak ów wieśniak córkę, którą by zamierzał jakoby oddać do obowiązku w mieście, syna, którego trzeba mu odebrać ze szkół i przenieść do terminu; on sam wreszcie gotów iść o żebranym chlebie, póki mu się życie nie uprzykrzy. Ujrzelibyście dobroczynnego gbura u stóp tego człowieka, usłyszelibyście dobroczynnego gbura wyłajanego, jak na to zasłużył. Zmuszony byłby wzywać na pomoc całą rodzinę zgromadzoną wkoło niego, aby zmiękczyć swego dłużnika i zmusić, by przyjął nową pomoc. Dobroczynny gbur, tak ukarany, przyrzekłby się poprawić; ale w tejże samej chwili wróciłby do swego charakteru, wpadając gwałtownie na którąś z osób sztuki świadczących sobie przy pożegnaniu zbyt długie grzeczności; wykrzyknąłby szorstko: Niech diabli porwą ceremo... Ale zatrzymałby się w połowie słowa i rzekłby łagodnym tonem do siostrzenic: „Dalej, panny, podajcie mi rękę, i chodźmy”. — I, aby ta figura była związana z tłem, uczyniłbyś ją protegowanym Gerontowego siostrzeńca? — Doskonale! — I to na prośbę siostrzeńca wuj pożyczył owe pieniądze? — Wybornie! — I o tę właśnie pożyczkę wuj miałby pretensje do siostrzeńca? — Właśnie. A czy rozwiązanie tej ładnej sztuki nie byłoby rodzajem generalnej próby przy pełnym komplecie rodziny, rodzajem przeglądu wszystkiego, co uczynił wprzódy z każdą z osób w szczególności? — Masz słuszność. — I, jeżeli spotkam kiedy pana Goldoniego, opowiem mu dzisiejszą scenę. — Dobrze uczynisz; jest to człowiek dość utalentowany, aby z niej skorzystać.
Gospodyni wróciła na górę, ciągle z Linką na ręku, i rzekła: „Mam nadzieję, że będziecie panowie mieli dobry obiad; nasz raubszyc właśnie się zjawił; gajowy z zamku takoż nie omieszka”... Tak mówiąc, przysunęła krzesło i usiadła, gotowa rozpocząć opowiadanie.
GOSPODYNI: Trzeba się mieć na baczności przed służbą; panowie nie mają gorszych nieprzyjaciół.
KUBUŚ: Ot, nie powiadałabyś pani byle czego; bywają słudzy dobrzy, bywają źli; jedno w drugie, naliczyłoby się może więcej dobrych sług niż dobrych panów.
PAN: Kubusiu, zapominasz się; dopuszczasz się w tej chwili tej samej niewłaściwości, która cię tak raziła.
KUBUŚ: Ale bo panowie...
PAN: Ale bo słudzy...
No i cóż, czytelniku, cóż by mi przeszkadzało wszcząć gwałtowną kłótnię między tymi trzema osobistościami? Kubuś pochwyciłby gospodynię za bary i wypchnął za drzwi; z kolei pan pochwyciłby za kark Kubusia i przepędził na cztery wiatry; jedno poszłoby w jedną stronę, drugie w drugą; i nie usłyszelibyście ani historii gospodyni, ani dalszego ciągu amorów Kubusia? Uspokójcie się, nie uczynię nic podobnego. Gospodyni podjęła tedy:
— Trzeba przyznać, że jeżeli bywają bardzo źli mężczyźni, zdarzają się też i bardzo złe kobiety.