KUBUŚ: I nie trzeba daleko wędrować, aby je spotkać.
GOSPODYNI: Czego ten tu nos wściubia? Ja jestem kobietą, mogę tedy mówić o kobietach, co mi się podoba; obejdę się bez twego przytakiwania.
KUBUŚ: Takie dobre moje przytakiwanie co i czyje inne.
GOSPODYNI: Widzę, że pański służący ma przewrócone w głowie i nie wie, jak się zachować przy panu. I ja mam też służących, ale chciałabym widzieć, aby się który ośmielił!...
PAN: Kubusiu, siedź cicho i pozwól pani mówić.
Gospodyni ośmielona odezwaniem się pana wstaje, podchodzi do Kubusia, wspiera się pod boki, zapomina, że trzyma Linkę na ręku, puszcza ją i oto Linka znajduje się na podłodze, rozzłoszczona, szamocąca się w powijakach i szczekająca na zabój. Krzyki gospodyni mieszają się ze szczekaniem Linki, Kubuś towarzyszy wybuchami śmiechu szczekaniom Linki i krzykom gospodyni, pan zaś otwiera tabakierkę, zażywa niuch tabaki i również nie może się wstrzymać od śmiechu. Wrzawa napełnia gospodę. „Magdusiu, Magdusiu, prędko, prędko, przynieś butelkę z okowitą... Biedna Linka nie żyje... Rozwiąż ją... Och, jaka żeś ty niezgrabna!”
— Robię, jak umiem.
— Jak ona krzyczy! Umykaj stąd, ja sama... Nie żyje!... Śmiej się, śmiej, drągalu, nicponiu; jest się z czego śmiać, w istocie... Biedna Linka nie żyje!
— Ale nie, proszę pani, nie, z pewnością przyjdzie do siebie; o, już się rusza.
To mówiąc, Magdusia naciera okowitą nos psiny i daje jej przełknąć co nieco; gospodyni lamentuje dalej i ciska gromy na zuchwalstwo lokai; Magdusia zaś powiada; „O, proszę pani, już otwiera oczy; widzi pani, jak na panią patrzy”.